niedziela, 14 lutego 2010

10-ty dzień podróży, czyli Zamek, pustynia i droga do Bagdadu

Noc była jednak dość chłodna. Cały czas wiał wiatr, który potęgował uczucie zimna. Doskwierał też hałas motorów. Okoliczni Syryjczycy mieli w zwyczaju urządzać sobie motorowe wycieczki i rajdy w środku nocy i wyciskać ostatnie konie mechaniczne ze swoich maszyn. Rano mieszkańcy Hosn musieli mieć nie lada zagadkę, co to za dziwolągi śpią w śpiworach pod mostem przy ich zamku.
Po porannym śniadaniu byliśmy już w pełni gotowi wyruszyć na zdobywanie Kraka. Wstęp taki sam jak do reszty muzeów i obiektów w Syrii – 150 Syp normalny i 10 Syp dla studentów z kartą ISIC. Cały kompleks składa się właściwie z dwóch części – zewnętrznych murów obronnych z basztami, flankami, stajniami itd., oraz części wewnętrznej, gdzie znajduje się główny zamek. Zamek jest oddzielony dziedzińcem oraz niewielką, wypełnioną wodą fosą. Zamek faktycznie sprawia wrażenie nie do zdobycia. Mury są wysokie oraz dodatkowo pokryte gładkimi kamiennymi płytami, a dziesiątki wysuniętych baszt z setkami szczelin strzelniczych zapewniają doskonałe punkty do ostrzału wroga.
Cała twierdza jest dobrze odrestaurowana. Niektórzy mówią wręcz, że aż za dobrze, gdyż niektóre fragmenty wyremontowanych ścian aż świecą od nowości. Oprócz przestronnych, krytych sklepieniami sal, ogromnych stajni, gotyckiego klasztoru, łaźni i potężnej kuchni, na zwiedzających czekają także podziemia i lochy. Przy zapuszczaniu się w głębokie ciemne korytarze niezbędna okazała się latarka. Schodząc w dół po stromych, mokrych od wilgoci i wody stopniach, momentami aż ciarki przechodziły na plecach. Im głębiej, tym większy był chłód i wilgoć w powietrzu, a ściany były pokryte mokrym mchem oraz obślizgłymi ślimakami.
Prócz penetracji wilgotnych ciemnic, można również chodzić do woli po pozostałych częściach zamku, gdzie z baszt i wież widać było jak na dłoni całą panoramę okolicy. Wrażenia z zamku ogólnie w porządku. Jeżeli ktoś lubi średniowieczne klimaty i opowieści o rycerzach i wyprawach krzyżowych, wizyta na Krak des Chevaliers będzie nie lada przeżyciem. Pozostali mogą odczuć lekki niedosyt.
Na zwiedzanie w sumie poświęciliśmy 3 godziny. Teraz należało z powrotem udać się do węzła komunikacyjnego w Homs, skąd planowaliśmy dostać się do starożytnego miasta na środku pustyni – słynnej Palmyry.
Wyjazd z Hosn do Homs jednak nieco się przedłużał. Marszrutkę znaleźliśmy bez problemu, gorzej ze znalezieniem pozostałych pasażerów. Kierowca nie chciał jechać na pustego, więc krążył w te i wewte, w górę i w dół, do zamku i z powrotem. Nie było jednak chętnych, więc wysiedliśmy z marszrutki kiedy kierowca powiedział, że łaskawie nas zawiezie po 100 Syp od łebka, czyli za dwa razy więcej niż się należy.
Międzyczasie poszliśmy na falafela i pobawiliśmy się trochę z miejscowymi dzieciakami. Pogadaliśmy o piłce (FC Barcelona dobrze, Real Madrid niedobrze) i porobiliśmy sobie zdjęcia. Dzieciaki bardzo chętnie pozowały i były bardzo szczęśliwe, gdy mogły później obejrzeć siebie na wyświetlaczu LCD.
Niestety w dalszym ciągu nie było chętnych na wspólną podróż do Homs. Mając więc do wyboru postawić na swoim i czekać nie wiadomo ile, lub zapłacić te dodatkowe 50 Syp i być jeszcze dziś wieczorem w Palmyrze, wybraliśmy to drugie.
W mikrobusach nie ma klimy, więc jedyną opcją chłodzenia wnętrza są otwarte na full okna, czyli arabskie tornado. Po niedługim czasie znowu byliśmy na dworcu przesiadkowym w Homs. Z głośników leciała jakaś orientalna muzyka podrasowana bitem disco. Podobno to jakaś słynna iracka gwiazda. Przez dworzec znowu przewijały się całe armie żołnierzy. Po zakupieniu biletów do Palmyry pozostało czekać na właściwą godzinę odjazdu autobusu. Zjedliśmy niezbyt dobrą szwarmę dworcową z jakimś smalcem czy tam innym cytrynowym majonezem i ucięliśmy sobie ciekawą pogawędkę z mówiącym dobrze po angielsku Syryjczykiem, pracującym dla filii kanadyjskiej firmy paliwowej. Oprócz nas na bus do Tadmor (współczesne miasto leżące obok ruin starożytnej Palmyry) czekały też trzy Dunki, które były wcześniej w Kraku. Mieliśmy podobne plany na najbliższe dni, więc możliwe, że się jeszcze spotkamy gdzieś w drodze.
W autobusie małe zamieszanie – niby są miejscówki z wypisanymi numerami siedzeń, ale dużo ludzi siada gdzie chce i nie każdemu się to podoba. Za nami banda lokalnych cwaniaków. Gdy kierowca nie patrzył, podkradali wodę z lodówki i palili w środku pety. Każdy autobus dalekobieżny posiada bowiem lodówkę chłodzoną wielkimi bryłami lodu. W lodówce przechowuje się butelki pełne kranówy. W czasie jazdy koleś z obsługi (kumpel kierowcy, drugi kierowca, pilot, steward, kolektor pieniędzy, właściciel autobusu czy ktokolwiek) łazi z kubeczkami i rozlewa wszystkim pasażerom tą kranówę. Konsekwentnie odmawiamy, nie mamy bowiem ochoty mieć kłopotów z żołądkiem i przeżywać Klątwy Faraona ani innej Zemsty Sułtana.
Im dalej na wschód, tym krajobraz stawał się coraz bardziej suchy i nieprzystępny. Drzewa całkowicie znikły i zastąpiły je niskie, karłowate ostrokrzewy. Oto zaczynały się bezkresne pustkowia Pustyni Syryjskiej. Jak okiem sięgnąć – wszędzie piasek. Gorący pustynny wiatr zawiewał drobne ziarna na drogę formując zaspy i kopce. Przecinając autokarem te martwe pustkowia, minęliśmy znak „Bagdad – prosto” i odbiliśmy w stronę Palmyry. Z czasem na horyzoncie pojawiły się kamieniste wzniesienia i niewielkie góry. Było to dla nas dużą frajdą, gdyż pierwszy raz na własne oczy mogliśmy zobaczyć najprawdziwszą pustynię.
W końcu dojechaliśmy do Palmyry. Miasto to jest położone w pobliżu oazy - jest to jedyna oaza na Pustyni Syryjskiej między wybrzeżem Morza Śródziemnego a Mezopotamią. To położenie czyniło Palmyrę obowiązkowym przystankiem dla wszystkich przemierzających pustynię karawan. Przechodziła też tędy jedna z odnóg słynnego Jedwabnego Szlaku. Rozkwit miasta przypadał na I-II wiek n.e., jednak to niepodległe królestwo upadło podbite przez Rzymian zanim na dobre miało szanse się rozwinąć.
Wysiedliśmy na dworcu poza miastem. Dworce w krajach arabskich są zazwyczaj poza centrum miasta i aby dostać się do centrum niestety trzeba skorzystać z usług tych znienawidzonych taksiarzy. Po odpędzeniu pierwszych lepszych naganiaczy i zakupieniu wody, umówiliśmy się z takim jednym na przejazd pod ruiny miasta (to tylko kilka km). Zarzuciliśmy plecaki na dach jego żółtego gruchota, aż ten cały wgniótł się od ciężaru.
Po paru chwilach byliśmy już przy głównym rondzie, naprzeciwko wejścia do ruin. W oddali majaczyły zarysy starożytnych kolumn, a nad wszystkim górował stary arabski zamek. Słońce już miało się ku zachodowi. Ciągle jednak było gorąco, a na dodatek wiał ciepły pustynny wiatr. Pierwotnie mieliśmy zamiar spać na dziko na pustyni wśród ruin Palmyry (nie omieszkaliśmy nawet „przyszpanować” i pochwalić się tym faktem przed Dunkami). Jednak ze względu na późną porę i nie dający chwili wytchnienia wiatr zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
W sumie później nie żałowaliśmy. Pokręciliśmy się trochę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś hotelu. Współczesny Tadmor jako miasto typowo turystyczne oferuje multum hoteli, hosteli, pensjonatów, w różnych przedziałach cenowych i w różnym standardzie. Jest w czym wybierać. W razie problemów miejscowi nawoływacze pomogą w dokonaniu wyboru. My zdecydowaliśmy się na hotel New Afqa. Był dość tani, a standard miał wysoki – ładny pokój, łazienka, klimatyzacja, a do tego wliczone śniadanie. Sympatyczny właściciel w dżalabiji powiedział nawet, że obecnie nie ma sezonu (środek lipca) i spuścił nam cenę do zaledwie 250 Sypów od osoby.
Po doprowadzeniu się do porządku po przespanej na dziko nocy pod Krak des Chevaliers, wybraliśmy się jeszcze na nocny spacer po mieście i Palmyrze. W Tadmorze oprócz hoteli znajduje się również sporo restauracji, kawiarni i sklepów z pamiątkami, przeznaczonych w głównej mierze dla turystów z zagranicy. Przy jednym z takich sklepów spotkaliśmy pewnego młodego człowieka.
Gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski, natychmiast serce zaczęło mu mocniej pulsować. Zaczął cały podekscytowany opowiadać o polskich dziewczynach które przyjeżdżały do Palmyry ze zorganizowanymi wycieczkami z Egiptu. Podobno widok pięknych, kuso ubranych Polek, z jak to określił „beautiful gazelle body” tak go podniecał, że musiał trzy razy dziennie chodzić do kibla żeby sobie akra bakra (przyzwoitość nie pozwala mi tłumaczyć tego zwrotu).
Ruiny starożytnego miasta nie są niczym ogrodzone i są ogólnodostępne dla wszystkich chętnych. Część ruin jest także podświetlona, aby móc podziwiać miasto również po zmroku. A jest naprawdę na czym zawiesić oko. Architektura Palmyry łączy elementy sztuki hellenistycznej wraz z tradycjami aramejskimi. Na pierwszy plan wysuwa się monumentalna kolumnada wyznaczająca oś dawnej głównej ulicy, ciągnąca się ponad 1300m. W oddali widać natomiast świątynię starożytnego bóstwa – Baala. Choć nie wszystkie budowle, budynki, łuki i sklepienia zachowały się do dziś – czasami z piasku wystawały tylko zniszczone kapitele kolumn - to i tak Palmyra robi duże wrażenie. Nie mogliśmy się doczekać aby ujrzeć to wszystko dokładnie w świetle dziennym.

9-ty dzień podróży, czyli śpimy pod mostem

Dzisiaj mamy sporo planów. Przede wszystkim chcemy odwiedzić jeszcze raz suki na Starym Mieście. Dzisiaj jest normalny dzień targowy, więc pewnie będą one tętnić życiem. Poza tym jeszcze chcemy zobaczyć stary szpital psychiatryczny, o którym wiele ciekawego słyszeliśmy, a także fabrykę mydła, z którego Aleppo słynie w całej Syrii i na świecie. Później mamy zamiar opuścić Halab na południe w kierunku Homs, a następnie udać się do miejscowości Hosn. Znajduje się tam świetnie zachowany zamek krzyżowców Krak des Chevaliers (po arabsku Qalat al-Hosn).
W środku lipca pogoda w Syrii bywa męcząca. Jest gorąco i sucho, ale mimo to człowiek się nie poci – cały pot natychmiast paruje. Ale mniejsza o temperaturę. Dłuższe przebywanie na słońcu może zakończyć się bólami i zawrotami głowy, a nawet udarem (o tej „ciemnej” stronie słońca przekonał się na własnej skórze, a właściwie głowie - Kuba). Staramy się więc nie przebywać zbyt długo na otwartej przestrzeni i chętnie znajdujemy schronienie w chłodnych murach suków.
Wzdłuż ulicy Antiocheńskiej po drodze do Bab Qinnasrin lokalni sprzedawcy zdążyli już pootwierać swoje sklepy i sklepiki. Co ciekawe, sklepy zawsze skupiają się w jednym miejscu branżami tworząc 'zagłębia'. Np. części do traktorów i samochodów można było nabyć wyłącznie koło naszego hostelu, w innej części miasta można było za to dostać buty, gdzie indziej kafelki itp. Wszystko było ulokowane według pewnego schematu.
Niedaleko wejścia na suki pod Bab Antakya naszą uwagę zwróciły również brygady robotników. Kładli oni na chodnikach swoje narzędzia – wiertarki, cykliniarki, młoty, piły, szlifierki itp. żeby pokazać jakim sprzętem dysponują i w jakiej branży robią. Sami czekali sobie spokojnie pod drzewkiem lub pod murkiem w cieniu paląc pety i czekając na zlecenia. Można więc było przejść się ulicą i niczym jak na targu niewolników wybrać sobie interesującą nas ekipę.
Przekraczając Bab Qinnasrin, dotarliśmy po niedługim czasie do słynnej fabryki mydła. Mydło wytwarza się wyłącznie z naturalnych składników – oliwy z oliwek bądź liści laurowych - i eksportuje na całą Syrię i świat. Podczepiliśmy się pod jakąś włoską wycieczkę i udało nam się wślizgnąć do środka za darmo. Fabryka jednak dziś nie pracowała, gdyż aktualnie nie było sezonu na oliwki (środek lipca). Pooglądać można było za to linię produkcyjną, choć nawiasem mówiąc nie wyglądała zbyt zachęcająco. Aż dziwne, że w takich warunkach, w takim bałaganie i syfie produkuje się pięknie pachnące mydełka. Widać było wielkie kadzie z zaschniętą zieloną breją (przypominające 'Vats of goo'), stalowe zardzewiałe beczki pełne zielonej brei i przestrzenie magazynowe, gdzie składowano zieloną breję uformowaną w kostki.
Mydełka z Aleppo wyglądają dosyć niepozornie – zewnętrzna, zaschniętą i pomarszczona warstwa jest prawie bez zapachu i ma niezbyt atrakcyjny jasnobrązowy kolor. Po przełamaniu jednak ukazuje się wyraźna zielonooliwkowa barwa i intensywny zapach. Na pewno interesującą rzeczą było by ujrzenie tej fabryki i procesu produkcji mydła podczas sezonu.
Idąc dalej wzdłuż ciasnych uliczek wkraczamy powoli w orientalny świat arabskich bazarów. Ilość stoisk, kramów i sklepików jest ogromna.
Dużo jest też punktów usługowych oraz tradycyjnych zakładów rzemieślniczych – są szewcy, krawcy, stolarze, fryzjerzy golący brzytwą (w Europie już czegoś takiego się nie spotka, golenie brzytwą zostało zabronione). Na stoiskach sprzedaje się wszystko i nic, od zupełnie niepotrzebnych pierdół, przez wyroby tekstylne, buty, żywność, po części do maszyn i elektronikę. Dostać można nawet tak dziwne rzeczy jak gotowane głowy baranów czy mózgi i organy różnych dziwnych zwierząt. Trzeba przyznać, że widok wnętrzności i głów ponabijanych na haki w niezbyt sterylnych warunkach (niech no tylko tu Sanepid wpadnie) przyprawia o zawrót głowy.
Oczywiście na każdej uliczne sprzedaje się co innego – mózgi baranów tam, szmaty tam, mydło tam. Nietrudno się też domyślić że panuje tu straszliwy tłok – z trudem udaje się przecisnąć między ludźmi, a do tego sprawę utrudniają kierowcy samochodów, którzy ładują się swoimi koreańsko-japońskimi małymi mikrodostawczakami w ciasne uliczki. Prawie wszystkie te samochodziki (Hyundai, Daihatsu, Toyota, Changhe itp.) mają fabrycznie zainstalowaną melodyjkę „Lambada” przy cofaniu.
Czuć duży kontrast w porównaniu z dniem wczorajszym – wczoraj suki były wyludnione, opustoszałe, a dziś szpilki nie idzie wcisnąć. Klimat bazarów Aleppo różni się też znacznie od bazarów w Stambule. Tam sprzedawcy sprzedawali w głównej mierze pamiątki dla turystów a naganiacze zaczepiali na każdym kroku. Tutaj w syryjskich sukach zaopatrują się głównie miejscowi, a turyści nie są postrzegani wyłącznie jako chodzące portfele z dolarami. Kupować na razie jednak nic nie zamierzamy – i tak będziemy jeszcze w Aleppo podczas naszej drogi powrotnej, więc nie było sensu obładowywać teraz plecaków egzotycznymi dobrami i pamiątkami.
Jeszcze dzisiaj chcemy opuścić Aleppo i udać się do Homs, a następnie do Krak des Chevaliers. Autobusy w tamtym kierunku odjeżdżają z dworca Ramouseh (karadżat al-Ramouseh) położonego za miastem. Można dostać tam się taksówką lub komunikacją miejską. Wybieramy jednak taksówkę, gdyż nie wiemy dokładnie o której odjeżdża autobus do Homs, a nie chcemy kwitnąć na dworcu nie wiadomo ile. Koszt po zaokrągleniu w górę to 200 Syp – kawałek się jednak jedzie, ale jak to rozdzielimy na cztery osoby to wychodzi dość tanio.
Dworzec Ramouseh wybudowano dopiero rok temu – poprzedni w centrum miasta nie miał odpowiedniej przepustowości i okazał się zbyt mały aby pomieścić coraz większą liczbę pasażerów i siedziby wszystkich firm transportowych. Nowiutki dworzec przypomina trochę tureckie otogary - planie ośmioboku, wewnątrz plac i siedziby biur, a na zewnątrz perony odjazdu autokarów. Przed wejściem na teren dworca musimy oddać plecaki do prześwietlenia, policjanci także sprawdzają nasze paszporty.
Wybieramy polecanego w przewodniku Kadmousa – bilet do Homs kosztuje nas po 135 Syp od łebka. Po wypisaniu biletów (na podstawie paszportów), mamy jeszcze parę minut do wyjazdu. Niektórzy znajdują schronienie w klimatyzowanej poczekalni Kadmousa, ja staram się wykorzystać czas na dowiedzenie się czegoś na temat transportu do Turcji. Jednak po ponad pół godzinie krążenia między biurami jestem nadal w punkcie wyjścia. Dogadywanie się z arabami na migi o autobus do Turcji odjeżdżający za dwa tygodnie nie jest rzeczą łatwą. Koniec końców, niczego ciekawego się nie dowiedziałem, oprócz możliwości wzięcia taksówki za 2000 Syp (40USD).
Autokar do Homs bardzo przyzwoity. Może nie te same luksusy co w Turcji, ale była klima i wygodne siedzenia. Podróż zajęła ok 2h. W Homs oprócz dworca w sumie nic nie ma. Miasto to, to w sumie tylko węzeł komunikacyjny i przesiadkowy. Obok znajdują się również koszary i jednostka wojskowa – to dlatego po dworcu kręci się pełno żołnierzy, od oficerów z pagonami do zwykłych szeregowych. Popularnością wśród syryjskich wojaków cieszą się naszywki z prezydentem Basharem oraz z flagą Syrii i Palestyny.
Zdawać by się mogło, że kult jednostki jest silny w Turcji, gdzie eksponuje się wizerunek wielkiego reformatora i twórcę państwa - Kemala Mustafy Atatürka. To co się dzieje jednak w Syrii przekracza wszelkie granice. Tu „kult” aktualnego prezydenta Bashara al-Assada jest wręcz fanatyczny. Jego twarz z charakterystycznym wąsikiem i długą niczym u strusia szyją można spotkać wszędzie – jako malowidła na murach, flagi, plakaty na mieście i na przystankach, w witrynach, w sklepach. Kierowcy upiększają swoje samochody kalkomaniami z Basharem. Żołnierze wybierają naszywki z Basharem. Do tego wszędzie zegary z Basharem, obrazki z Basharem, zdjęcia z Basharem, gadżety z Basharem, breloczki z Basharem i magnesy na lodówkę z Basharem. Tak jak w popularnym kawale – strach tą lodówkę otworzyć. Na szczęście nie mamy dostępu do syryjskiej telewizji, bo pewnie w wiadomościach by mówili ciągle czego to nie zrobił dziś prezydent Bashar. Zastanawia nas tylko, czy Syryjczycy rzeczywiście aż tak kochają swojego prezydenta i sami z siebie tak eksponują jego wizerunek, czy raczej jest to polecenie odgórne i pewien rodzaj cichej dyktatury. Trudno sobie wyobrazić, aby w Polsce na każdym przystanku „straszyła” wszystkich uśmiechnięta twarz Kaczyńskiego...
Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że gdy tylko wysiądziemy gdzieś na dworcu to w mig oblatują nas taksiarze, ale już mamy opracowany sposób na nich. Od razu jak się tylko pojawią, to nie gadać z nimi i tylko uciekać! Pójść na falafela, do wc, odejść kawałek, odczekać chwilę, po czym samemu pytać się kto może nas zabrać i za ile. W ten sposób unikniemy próby zrobienia nas w tzw. ciula. Właśnie w ten sposób sami znaleźliśmy tani mikrobus do Hosn za zaledwie 50 Syp (ci od taksi chcieli kilkaset). Panuje tutaj taki zwyczaj, że kierowcy kasują za wszystkie zajęte miejsca w marszrutce, więc żeby uniknąć płacenia dodatkowych 50 Syp za plecaki, bierzemy je po prostu na kolana. Ciasno i nic nie widać, ale to tylko pół godziny drogi.
Hosn jest niewielkim miasteczkiem położonym na zboczu góry, tuż pod podnóżami zamku Krak des Chevaliers. Do centrum Hosn prowadzą strome serpentyny – nasz obładowany mikrobusik ledwo daje radę nawet na jedynce. Niekumaty kierowca wywozi nas jednak nieco dalej od rozwidlenia na Qalat, przez co kilkusetmetrowy odcinek do góry musimy podejść z plecakami.
Oprócz zamku, w Hosn ogólnie nic ciekawego nie ma. Miasteczko to powstało w wyniku wysiedlenia lokalnej ludności zamieszkującej kiedyś ruiny, gdy zamieniano zamek na muzeum. Zamek usytuowany jest malowniczo na samym szczycie wzniesienia. Patrząc od dołu, widać jedynie masywne kamienne mury. Niedostępne położenie zamku oraz wysokie fortyfikacje to atuty, dzięki którym zamek nigdy nie był zdobyty w walce, mimo wielokrotnych starań. Nawet sam wielki Saladyn zrezygnował z próby forsowania murów, po zaledwie jednym dniu oblężenia.
Jak wynikało z historycznych opisów, Krak mogło z powodzeniem bronić zaledwie kilkuset żołnierzy przed kilkutysięcznymi armiami. Poza ostrzałem z dystansu z katapult za bardzo nie było innej możliwości realnego zaatakowania. Zamek padł w sumie tylko raz – broniący przed oblężeniem zamek Krzyżowcy, zrezygnowani i nie liczący na odwet z Europy (zainteresowanie wyprawami krzyżowymi było już w owym czasie nikłe), zdecydowali się poddać zamek w zamian za bezpieczne przejście do Antiochii. Wkrótce potem jak zamek przeszedł w ręce Arabów, stracił swoje strategiczne znaczenie.
Gdy podchodziliśmy pod wrota zamku, było już bardzo późno, słońce już dawno było schowane za horyzontem. Wrota były zamknięte, więc na wieczorną wizytę w zamku nie było co liczyć. Obeszliśmy więc mury twierdzy dookoła starając się znaleźć dogodne miejsce na nocleg na dziko. Naszą uwagę przykuł akwedukt – most zaopatrujący Krak w wodę do picia. Teren pod akweduktem był wystarczająco płaski na rozłożenie karimat i śpiworów, był też w miarę odsłonięty od drogi oraz oczu miejscowych. Przygotowaliśmy jeszcze na kolację gotowany ryż z sosem (na Camping gazie) oraz zupki chińskie, po czym załadowaliśmy się do śpiworów. Gdy tak leżeliśmy pod murami średniowiecznego zamku, towarzyszył nam tylko śpiew cykad i koń, którego ogromny cień odbijał się na oświetlonym fragmencie baszty.

środa, 10 lutego 2010

8-my dzień podróży, czyli Aleppo i Suk-al-Madine

Nazajutrz, po odespaniu wczorajszego ciężkiego dnia, powoli zbieramy się i ruszamy na miasto. Warto zaznaczyć, że jest właśnie piątek – jest to święty dzień dla muzułmanów (tak u nas niedziela). Prawie wszystkie urzędy i duża część sklepów jest zamknięta. Na ulicach też jakby mniej ludzi.
Pierwsze kroki kierujemy ku cytadeli Aleppo, którą mieliśmy okazję oglądać wczoraj w nocy od zewnątrz.
Twierdza jest warta zobaczenia, to istna perełka arabskiej architektury militarnej. Od reszty miasta oddziela ją szeroka fosa (obecnie bez wody), a pochyłe zewnętrzne mury są całe wyłożone gładkimi marmurowymi płytami, aby utrudnić intruzom zdobycie zamku. Aleppo, jak i sama twierdza, wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk - była w posiadaniu m.in. Greków, Bizantyjczyków, aby ostatecznie trafić w ręce Arabów. Twierdza była bezustannie burzona, to znowu odbudowywana, modernizowana i rekonstruowana. Ostateczny kształt nadano jej za czasów panowania dynastii Ajjubidów (zapoczątkowanej przez Saladyna). Wewnątrz cytadeli znajduje się istne miasto w mieście. Kiedyś były tu domostwa, baraki, stajnie, łaźnie, meczety, świątynie, teatr...
Teraz z większości obiektów pozostały tylko gruzy, ale i tak jest na co popatrzeć – np. salę tronową czy wysoki dziedziniec. Warta zobaczenia jest też dobrze zachowana łaźnia, z charakterystyczną kopułą ze wtopionymi przeźroczystymi kryształami przepuszczającymi do środka światło. W odrestaurowanym amfiteatrze odbywają się wieczorami koncerty muzyki klasycznej. Z górnej baszty rozciąga się panorama na całe Aleppo – miasto z góry wygląda jakby czas tutaj zatrzymał się setki lat wstecz. Brak zupełnie wysokich biurowców, bloków czy drapaczy chmur (za wyjątkiem jednego jedynego wysokiego budynku rządowego).
Oddalając się od cytadeli, poszliśmy wzdłuż Bab al-Antakya w stronę Bab Qinnasrin, czyli historycznej bramy starego miasta. Po drodze znajdowało się targowisko, choć przypominało ono bardziej jakiś indyjski rynek. Po prostu syf nie do opisania. Na rozklekotanych, zbitych z desek stoiskach sprzedawcy oferowali warzywa i owoce, ale niestety okoliczności wcale nie zachęcały do kupna. Wszystko tonęło w morzu brudu i śmieci. Na ulicach walały się puste opakowania, jakieś zgniłe owoce, kawałki zepsutego mięsa. Do tego gdzieniegdzie było po prostu nasrane. Wokół unosił się fetor przyprawiający o wymioty. Dla przeciętnego Europejczyka, taki widok mógł wydać się szokiem.
Trzeba zauważyć, że problem śmieci jest tutaj ogromny. Śmietnika na ulicy się nie uświadczy, nie ma też służb porządkowych czy śmieciarzy (przynajmniej nie zauważyliśmy). Tu śmieci każdy wyrzuca po prostu za siebie. Jak wiatr zwieje je sprzed straganu na wspólną, czyli niczyją, ulicę, to Araby mają problem z głowy.
Dotarliśmy w końcu do Bramy Qinnasrin, kiedyś głównej bramy wjazdowej do Starego Aleppo. Z czasem wąskie ulice przerodziły się w kryte suki. Właściwie cała ta dzielnica to jeden wielki suk. Sklepy, witryny, stoiska, stragany ciągnęły się przez wiele kilometrów, wzdłuż, wszerz i w poprzek ulic. Wszystkie ulice suków przykryte były sklepieniami i kopułami. Sklepienia zapewniały chłód i schronienie przed słońcem. W środku panował półmrok, jedynie małe lufciki umieszczone w kopułach przepuszczały do środka niewielkie wiązki światła, tworząc ciekawie wyglądające prześwity.
Ponieważ dzisiaj był piątek, prawie wszystkie stoiska były pozamykane, mało było też ludzi, tak sprzedawców jak i kupujących. Krążąc wśród brukowanych uliczek orientalnych bazarów, można było wczuć się w ten specyficzny, egzotyczny klimat, pachnący oliwą i kardamonem. Widok szpeciły tylko niechlujnie podwieszone kable elektryczne naprędce montowanych klimatyzatorów. Ciekawie było by się przejść taki sukiem kilkaset lat temu – kiedy nie było elektryczności i sklepy oświetlały tylko światła świec, a lokalni kupcy nie wciskali przyjezdnym turystom tandety.
Spacerując tak w półmroku przez niezliczone zaułki opustoszałych suków, trafiliśmy na stoisko Araba sprzedającego tekstylia. Słysząc, że jesteśmy z Polski, Arab w mig wymienił kilka polskich miast i dodał, że tam był, a kobiety są ładne. Ciekawe tylko, czy rzeczywiście był kiedyś w Polsce, czy tylko miał przygotowany zestaw gadek do zbajerowania klientów. Tak czy siak, trzeba przyznać, że Arab dobry był w tym co robił. Tak nas zbajerował i omamił, że ani się obejrzeliśmy, a każdy miał na sobie dżalabiję, kefiję i agal – pełen zestaw Beduina. Nie chcieliśmy jednak kupować od niego całego zestawu z piżamą za 1600 Sypów. Po długich targach negocjacjach i tak wcisnął nam 3 kefijki z czarnym kółeczkiem za ok. 300 Sypów. Pewnie i tak przepłaciliśmy i koleś zarobił na nas z 10 razy, ale cóż, żal było nie kupić i odejść z pustymi rękoma.
O ile wczoraj paradowaliśmy po mieście w krótkich spodenkach, zwracając co rusz uwagę Syryjczyków, dziś postanowiliśmy wtopić się w tłum i ubrać się nieco po arabsku. Czyli długie spodnie, pasek i koszule z kołnierzykiem. Na nic to się jednak nie zdało, bo przechodnie i tak potrafili rozpoznać w nas przyjezdnych Europejczyków i co chwilę krzyczeli do nas „Welcome!” lub „Hello!”. Ze szmatami Arafata przywiązanymi na głowie wzbudzaliśmy jeszcze większe zainteresowanie. Wyglądaliśmy po prostu jak ludzie paradujący w Krakowie w ludowej czapeczce krakowiaka. Kefije były jednak bardzo pomocne, gdyż chroniły głowę i kark przed szkodliwym działaniem słońca. Podążając za wskazówkami przewodnika, zwiedziliśmy jeszcze parę kościołów mieszczących się na Starym Mieście – między innymi kościół Armeński oraz Kościół Syryjskich Katolików. Szczególnie dziwnie wyglądały arabskie szlaczki pod obrazami Jezusa i Maryi Panny – połączenie było zaprawdę niebywałe. Ogólnie kościoły te to żadna rewelacja, ale jeśli kogoś interesują takie rzeczy to można zobaczyć. Znacznie bardziej ciekawe było samo dojście do tych obiektów ciasnymi i krętymi uliczkami.
Z ciekawości udaliśmy się jeszcze do muzeum mieszczącego się w centrum bardzo blisko naszego hotelu. 
Niestety byliśmy delikatnie mówiąc rozczarowani. Wątpliwej wartości eksponaty porozkładane były bardzo chaotycznie i praktycznie bez żadnych opisów (jak już to po arabsku lub bardzo rzadko po francusku). Nie wiadomo było co to, skąd to, po co to, z jakiego okresu, kto to wytworzył, nic. Może i trafiały się ciekawsze okazy, ale co z tego jak nie można było niczego się o nich dowiedzieć. W muzeum archeologicznym w Stambule można było godzinami stać nad każdą gablotą i poznawać funkcje przedmiotów, historię, tradycje i obyczaje różnych obcych kultur i cywilizacji. Tutaj brak opisów i jakiejś logicznej spójności ekspozycji sprawiały, że z muzeum wiało nudą. Nie warte było nawet 15 Syp po zniżce studenckiej, nie mówiąc już o 150 Syp za normalny bilet (w Syrii wstęp na wszystkie atrakcje turystyczne kosztuje zawsze 150 Syp [ok 10zł], jednak jak się jest studentem z potwierdzającą to kartą ISIC, to jest 10 a nawet 15 razy taniej).
Słońce było wysoko, a łażenie ulicami w okresie największych upałów nie było najlepszym pomysłem (pogoda była niezmienna – bezchmurne niebo i lejący się z góry żar). Postanowiliśmy więc przeczekać trochę w cieniu w parku aż nieco się ochłodzi. Niestety park blisko muzeum pozostawiał wiele do życzenia. Niby była jakaś trawka, były drzewa i ławeczki, ale była również walająca się wszędzie fura śmieci. Znalezienie czystego miejsca na trawie, gdzie w promieniu dwóch metrów nie było petów, butelek i puszek graniczyło z cudem. Ostatecznie walnęliśmy się na ławeczkach.
Mając sporo czasu do końca dnia, udaliśmy się jeszcze raz w pobliże meczetu Umajjadów. Właśnie trwały przygotowania do popołudniowej modlitwy, najważniejszej w całym tygodniu. Na marmurowej posadzce rozkładano ogromne dywany, aby mogły pomieścić więcej wiernych. Plac wprost roił się od ludzi. Dużo mężczyzn w tradycyjnych białych dżalabijach i kobiet w strojach ninja i czadorach. Do tego pełno dzieciaków, które beztrosko biegały i latały po całym meczecie, krzycząc i śmiejąc się. Gdy muezzin zaczął wzywać swoim śpiewem z minaretu wiernych do modlitwy, dziedziniec powoli zaczął pustoszeć. Zostali sami mężczyźni, a kobiety usunęły się na bok pod arkady. Wkrótce i my opuściliśmy meczet, aby nie zakłócać muzułmanom ich modlitwy.
Dzień powoli chylił się ku końcowi. Zahaczyliśmy jeszcze o szwarmę (arabski kebab) i idąc ulicą Barona von Oppenheima (Sharia al-Baron) skierowaliśmy się w stronę głównego placu z wielkim pomnikiem prezydenta Al-Assada. Mimo wieczoru, na placu i na okolicznych uliczkach był tłok. Na chodnikach panował taki ścisk, że trudno się było przebić. Tutaj ludzie w południe, kiedy są największe upały to siedzą w domu, a dopiero wieczorem gdy jest chłodno wylegają tłumem na ulice. Ludzie siedzieli sobie teraz w spokoju na wielkim skwerze całymi rodzinami, popijali herbatkę, rozmawiali, zajadali jakieś uliczne przysmaki. U nas takie tłumy na mieście są rzadkością, chyba że po jakimś meczu piłkarskim, a w dodatku pełno jest agresywnych chuliganów lub pijanej młodzieży z browarami. Panował tu zupełnie inny klimat niż w jakimkolwiek polskim mieście.

poniedziałek, 8 lutego 2010

7-my dzień podróży, czyli Salam Alejkum!


Turecki autokar to oczywiście pełen luksus. Klima, tv, napoje, przekąski itd. Podróż mija spokojnie. Autokary zapewniają dobry komfort, można nawet liczyć na kilka godzin snu. Ani się obejrzeliśmy jak minęło 15 godzin i ponad 1000km drogi. Nawet nie zauważyliśmy kiedy byliśmy w Ankarze, a już za oknami było widać suche wyżyny południowej Turcji.
Na Otogar w Gaziantep przyjechaliśmy koło 10. Jest to duży dworzec położony na obrzeżach miasta. Z wyglądu trochę przypomina stambulski Otogar, oczywiście w dużo mniejszej skali. Swoje siedziby ma tu mnóstwo prywatnych firm przewozowych. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś o możliwości transportu do Aleppo (po arabsku Halep), albo przynajmniej do miasteczka Kilis leżącego po drodze na granicę syryjsko-turecką. Porozumieć się jest jednak dość ciężko. Turcy albo nie rozumieją, albo nie chcą rozumieć po angielsku. Nie to co Stambuł, gdzie praktycznie każdy zna choć podstawowe zwroty. Często kończy się tak, że zapytani o jakieś miejsce ludzie z biur autokarowych mówią „Ok, no problem”, ale później się okazuje, że próbują nam wcisnąć bilet na autobus który jedzie w innym kierunku lub naokoło, byle z ich firmy.
Udaje nam się w końcu znaleźć bus za kilka lirów od osoby, jadący do nadgranicznego Kilis. Odjazd ma być za 15 minut. Wracamy szybko po plecaki, idziemy na peron, a autobusu już nie ma! Poczucie czasu tu jest bardzo względne.
Jako iż w drodze powrotnej planuję lecieć samolotem z Gaziantep do Berlina (ze względu na krótki urlop) , próbuje zaciągnąć jeszcze języka odnośnie jakichś busów na lotnisko. Okazuje się że lotnisko znajduje się prawie 30km za miastem. Łażąc od biura do biura niczego ciekawego się nie dowiedziałem. Wszyscy szli na łatwiznę i proponowali wziąć taksówkę, niż kombinować coś z jakimiś publicznymi środkami transportu. Koszt taksówki jest oczywiście horrendalny – 20 euro lub 40 lirów (80zł). Trudno, później się będę o to martwił.
Ponieważ autobus do Kilis odjechał bez nas, postanowiliśmy już nie dać się zrobić w konia i opuściliśmy dworzec, wsiadając w pierwszy lepszy rozklekotany mikrobus jadący w kierunku centrum. Kierowca chciał nas trochę oszukać przy wydawaniu reszty, ale wystarczyło zwrócić mu uwagę, żeby łaskawie oddawał pieniądze i zwrócił należność.
Centrum Gaziantep niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, typowe miasto jak na zachodzie, jakieś sklepy, fabryki dywanów, pełno reklam, park z jakimś pomnikiem, tylko meczety z minaretami zamiast kościołów. Próbowaliśmy znaleźć miejsce z którego odchodziły autobusy do Kilis, ale z reguły kończyło to się niepowodzeniem. Pewien Turek widząc jak łazimy od osoby do osoby pytając się o drogę, spytał się nawet:
  • Sprechen Sie deutsch?
Podbudowani tym pytaniem, że w końcu jakiś normalny człowiek się trafił mówiący jakimś uczciwym językiem, odpowiedzieliśmy:
  • Ja ! Wir suchen ein Bus nach Kilis!
Turek jednak stanął jak wryty, najwidoczniej przytłoczony faktem, że ktoś faktycznie mówi do niego po niemiecku. Pomyślał, podrapał się po głowie i po dłuższej (bardzo długiej) chwili zastanowienia, zdołał wydobyć z siebie: „Verstanden”. Pomyślał jeszcze kolejną chwilę i wskazał gdzieś palcem mówiąc „Bahnhof”.
Trzeba było znowu wsiąść w lokalny mikrobus i jechać na kolejny mały dworzec. Na dworcu stało kilka marszrutek, jedna z nich jechała właśnie w kierunku granicy. Kierowca jednak za nic nie chciał zejść z ceny - 6 lirów i koniec. Widocznie taka cena już obowiązywała na tym odcinku i nie było co się targować. Tradycyjnie, gdy tylko mikrobus się zapełnił, można było ruszyć, bo inaczej na pustego nie opłaca się. Kierowca raczył nas zachodnimi hitami z kasety, w tym jakimś amerykańskim rapem z piosenką 50 Centa „Shake your ass bitch”. Ciekawe czy jadące z nami muzułmanki w czadorach, które odmawiały zajęcia miejsca obok odzianego w krótkie spodenki zachodniego turysty, rozumiały o co chodzi.
W marszrutce z nami jechał też pewien Norweg, odbywający dłuższą ekskursję po Turcji, a później również po Gruzji. Trochę naigrywał się z nas, że wyruszamy w podróż tak nieprzygotowani – nie znamy języka (tureckiego), nie wiemy jak z Kilis dojechać na granicę, nie mamy żadnych rezerwacji itp.
  • You should be better prepared next time my friends!
Trzeba jednak zaznaczyć, że my i ów Norweg mieliśmy trochę różne style podróżowania. Norweg faktycznie nauczył się trochę tureckiego i na krok nie rozstawał się ze swoim przewodnikiem z „Lonely Planet”, odhaczając punkt po punkcie wszystkie ważniejsze pozycje w nim zawarte, podążając dobrze opisanymi i utartymi szlakami. Przewodnik traktował jako instrukcje obsługi, według której wiedział co ma dziś zrobić, gdzie dojechać i za ile, a coś o czym nie było napisane traktował jako nieistotne lub nieistniejące. My faktycznie byliśmy nieco mniej przygotowani. Podróżowaliśmy trochę na 'farta', czym się da i tym, co się akurat trafi. Jak mawiają Arabowie: „Inszallah”, czyli co ma być to będzie, jak Bóg pozwoli. W naszym stylu była duża doza spontaniczności, i na pewno mieliśmy większe szanse od Norwega przeżyć jakieś niespodziewane przygody lub spotkać ciekawych ludzi.
Oczywiście zaraz po wyjściu z marszrutki, jak muchy przeczepili się do nas taksiarze oraz, jak się później okazało, po prostu kierowcy prywatnych żółtych samochodów, z taksówkami mający mało wspólnego (coś jak przewoźnicy TAKI, jeżdżący niegdyś po Warszawie). Długo musieliśmy tłumaczyć jednemu takiemu cwaniaczkowi, że chcemy, aby podwiózł nas tylko do przejścia granicznego, a nie jak on chciał do samego Aleppo. Granicę chcieliśmy przejść na piechotę, a ze strony syryjskiej wziąć już jakąś taksę lub busa, które miały być o niebo tańsze od tureckich. Taksiarz był jednak wyjątkowo namolny – chciał nawet zabrać nasze paszporty, aby wypisać jakieś świstki do przejazdu przez granicę. Znudzeni ciągłymi tłumaczeniami na migi oraz rysowaniem na kartce dokąd chcemy jechać, w końcu daliśmy za wygraną wsiedliśmy do środka.
Podjechaliśmy parę km do granicy. Tam chcieliśmy już wysiąść i pozbyć się taksiarza, jednak ów cwaniak wziął i zagadał po turecku z celnikami, w wyniku czego stwierdzili oni, że przechodzenie na piechotę jest nielegalne i że musimy jechać autem... Na pewno była to ściema. Ale koniec końców, okazało się, że obecność takiego cwaniaka była bardzo pomocna przy przekraczaniu granicy. Cwaniak do Syrii jeździł już nie jeden raz i był bardzo obeznany we wszelkich procedurach i przepisach. Latał od okienka do okienka, wypełniał za nas formularze, nosił nasze paszporty. Zaprowadził nas też do punktu medycznego, znajdującego się dla zmyłki na poczcie. Tam każdy z nas musiał przejść badania lekarskie. Badania to w sumie za dużo powiedziane - ograniczyły się one do zmierzenia temperatury ciała i wypełnienia formularza, w którym pytano się, czy byliśmy w ostatnich tygodniach w Stanach lub w Meksyku, czy mamy bóle głowy itp. Chodziło głównie o świńską grypę (szalejący ostatnio wirus AH1N1).
W sumie cała odprawa paszportowa zajęła około godziny. Trzeba przyznać, że mimo wszystko warto zabrać się przez granicę z takim cwaniakiem. Dostał 20 lirów za podwózkę do granicy, ale poza tym skrupulatnie załatwił za nas wszystkie formalności, co zaoszczędziło nam biegania z paszportami między okienkami bez znajomości tureckiego ani arabskiego, a także mnóstwo czasu i nerwów.
Jeszcze tylko kilka kroków, i już jesteśmy w kraju naszej destynacji. Welcome to Syria! W sumie dojazd do Syrii z Gdańska zajął nam 6,5 doby (od piątku wieczór do czwartku w południe). Można by oczywiście zrobić tą trasę szybciej bez postoju w Stambule, a także lepiej zgrywając w czasie poszczególne środki transportu.
Wokół pustki, spalone słońcem równiny, karłowate krzaczki, gdzieniegdzie jakieś ruiny budynków. Słowem - pustynia (chociaż w sumie to była półpustynia). Nie musieliśmy iść długo od granicy, aby nie zaczepił nas jakiś arabski taksówkarz. Porozumieliśmy się na migi, żeby podwiózł nas do Aleppo, ale cena jaką sobie zażądał była nie do zaakceptowania. 30 dolarów amerykańskich za raptem 50km? Chyba myślał że trafił na jakichś żółtodziobów lub jeleni. I jeszcze bezczelnie tłumaczy się że benzyna droga (dobry żart, w Syrii tania jest jak barszcz – trochę ponad 1zł za litr). Panu już podziękujemy, poszukamy innego transportu w rozsądnej cenie.
Nie minęła chwila, a już podjechało do nas następne auto. Tym razem pickup, którego kierowca dał nam znać jednoznacznym gestem żebyśmy ładowali się na pakę. Jechał właśnie do miejscowości Azaz, położonej kilka kilometrów dalej na drodze do Aleppo. Rzuciliśmy więc plecaki, wskoczyliśmy do środka i ruszyliśmy. Słońce było już w zenicie, ale dzięki szybkości pickupa wiatr niwelował skutki działania gorąca. Nasze podróżne morale zostało podbudowane i czuliśmy jak wstępują w nas nowe siły. Byliśmy naprawdę szczęśliwi. Po wielu trudach i wyrzeczeniach dojechaliśmy w końcu do Syrii, a teraz gnaliśmy po syryjskich bezdrożach na pace w kierunku Aleppo.
Po jakimś czasie dotarliśmy do Azaz – miasteczko to wyglądało jak jakaś zapomniana dziura na środku pustkowia. Wokół nie było żadnych pól uprawnych, tylko skały i piasek. Kierowca zatrzymał swojego pickupa i spytał na migi czy jedziemy do Halab – Aleppo. Oczywiście było to nam na rękę, jednak okazało się, że kierowca chce pieniędzy. Wygrzebaliśmy więc z torby i wcisnęliśmy mu do łapy 6 dolarów – to była jak sądziliśmy wystarczająca kwota na pokonanie tego niezbyt długiego odcinka. Ten jednak kiwnął z niezadowoleniem głową. Wyciągnął telefon i wystukał jakieś liczby – niestety były to prawdziwe cyfry arabskie! W krajach muzułmańskich używa się bowiem zupełnie innych cyfr niż te, do które znamy i do których byliśmy przyzwyczajeni. Patrząc na nic nie mówiące nam krzaczki na wyświetlaczu telefonu, nie mogliśmy odgadnąć, o co mu chodzi. Arab wyjął więc kartkę i długopis i po długich męczarniach zdołał tylko napisać od prawej do lewej „03”. 30 dolców? Za 50 kilometrów? Co za złodziej. Dostał 6 dolców i ciągle mu mało. Czy tak działa tutaj instytucja autostop?
Zniesmaczeni zabraliśmy nasze plecaki na pobliski postój mikrobusów. Oczywiście w mig zrobiło się wokół nas zbiegowisko. Co to za dziwolągi w krótkich spodenkach o europejskich rysach objuczone ciężkimi plecakami? Gdzie tylko się zatrzymaliśmy, stawaliśmy się małą lokalną atrakcją turystyczną dla miejscowych. Taksiarze z postoju też jednak zaczynali negocjacje od 30 USD. Cena taka wysoka pewnie dlatego, że są to tereny przygraniczne. Udało nam się jednak przekonać starego arabskiego dziadka w arafatce i w wysłużonym Daihatsu do podwiezienia do Aleppo za jedynie 10 dolarów. Dziadek mało co rozumiał, nie znał angielskiego ani naszych cyfr „europejskich”. Biegał jeszcze przez jakiś czas po parkingu wymachując na prawo i lewo zielonym banknotem z prezydentem USA, starając się dowiedzieć od kumpli, czy świstek który trzyma w ręku to rzeczywiście są dolary.
Już w drodze. Mkniemy ile fabryka dała małym japończykiem po szerokiej, równej wielopasmówce. Właściwie to nie można tego nazwać wielopasmówką – pasów jako takich nie ma, droga jest dosyć szeroka i po prostu jedzie tyle samochodów ile się zmieści. Okna otwarte na full, więc przynajmniej się nie ugotujemy. Dziadek nie zdejmuje ręki z klaksonu i puszcza z magnetofonu jakieś arabskie hity, ale tak głośno, że w wysłużonych głośniczkach słychać tylko buczenie i rytmiczne trzaski. Jest też zdziwiony i puka się w czoło, gdy odmawiamy zapalenia papierosa. W Syrii palą wszyscy. Nawet małe dzieci (o czym jeszcze będziemy mieli okazję się przekonać).
Po niecałej godzinie dojechaliśmy do przedmieść Aleppo w pobliże jakiegoś dworca. Ku naszemu zdziwieniu, Arab kazał nam już opuścić auto, bo podobno nie mógł już dalej jechać. Nie chcieliśmy wysiadać, do centrum jeszcze przecież daleko (Aleppo to ogromna, ponad dwumilionowa metropolia), nie po to płaciliśmy 10 USD. Nie minęła sekunda a już wokół samochodu zrobiła się zawierucha i zjawiła się banda ciekawskich. Cóż, chyba się z dziadkiem nie dogadamy. Opuściliśmy więc dostawczaka aby przesiąść się w zielony autobus miejski jadący w stronę Souk al-Madine (centrum miasta). Wymieniliśmy u pierwszego lepszego kierowcy jednego dolca, aby mieć jakieś drobne na przejazd autobusem. Dostaliśmy jakieś monety – teoretycznie miało to być 40 funtów syryjskich (Syrian Pounds, SYP, sypy). Niestety nie wiemy dokładnie ile dostaliśmy kasy, bo na monetach są jakieś dziwne szlaczki, kreseczki i kółeczka zamiast „normalnych” „arabskich” cyfr.
Podczas naszego krótkiego postoju na dworcu co rusz ktoś do nas podchodził i zagadywał. Widocznie widok turystów z plecakami był dla Arabów niecodziennym zjawiskiem. A to pytali się jak nam się podoba Syria albo skąd jesteśmy, a to przyszli poczęstować mocną kawą. Wszyscy byli na ogół bardzo uprzejmi, witając nas ciągle słowami „Welcome!” i „Hello!”. Niestety bariera językowa, która nas oddzielała okazywała się w wielu miejscach nie do przeskoczenia. Zapytani o pomoc Syryjczycy zawsze byli bardzo chętni do pomocy, jednak często ich zasób angielskiego kończył się na prostych zwrotach grzecznościowych typu „Where are you from” i „Welcome”. Wołali wtedy innych przechodniów i znajomych i już razem starali się dojść do jakiegoś rozwiązania. To duża różnica niż np. w takim Stambule – tam znajomość angielskiego jest wręcz wymagana do robienia interesów. Smutny jest niestety fakt, że tam praktycznie każda rozmowa czy próba nawiązania kontaktu była podszyta chęcią zarobku. Z jednej strony pytają jak się masz i zapraszają na herbatę, po chwili jednak rozmowa zbacza na czysto handlowy tor i trzeba zaczynać wykręcać się od kupna jakiegoś towaru.
W zielonym autobusie sami mężczyźni – wszyscy ubrani w tzw. arabic style, czyli długie spodnie od garnituru, pasek z klamrą i koszula z kołnierzykiem w spodnie. Wszyscy przycinają nas i w gapią się jak obrazek, jakbyśmy się urwali z jakiejś choinki wielkanocnej. Od razu można po nas poznać, że nie jesteśmy stąd. Nosimy krótkie spodenki, a u Arabów nikt tak się nie nosi, chyba że dzieci lub jakieś niepoważne osoby. Dlatego wszyscy mężczyźni, mimo największych upałów, zawsze mają długie spodnie. Kobiety natomiast chodzą w długich jesiennych paltach, nawet kiedy na dworze jest ponad 30 stopni. Znacznie częściej też niż na ulicach Stambułu można spotkać „pingwiny” lub „wojowniczki ninja” - ubrane całe na czarno muzułmanki z tylko malutką szparką na oczy. Nie wynika to z mody, a jedynie z interpretacji (lub nadinterpretacji) Koranu i szariatu. Żaden obcy nie może bowiem zobaczyć jak wygląda czyjaś żona lub córka.
Kolejnym typowo arabskim ubiorem, jaki można spotkać na ulicach Syrii i pozostałych krajach Bliskiego Wschodu, jest dżalabija. Jest to ni mniej ni więcej biała jednoczęściowa pidżama. Jej luźny krój zapewnia ochronę przed słońcem i odpowiedni komfort podczas pustynnych wędrówek. Nakrycie głowy to tradycyjna kefija . Jest to biało-czarny lub biało-czerwony kawałek tkaniny, którą w specjalny sposób wiąże się na głowie. Nosił ją znany palestyński przywódca Jaser Arafat. Stąd popularna u nas nazwa – arafatka. Na górę kefiji nakładany jest gruby czarny sznur ułożony w podwójne kółeczko. To tzw. agal. Jego zadaniem jest ochrona kefiji przed zsuwaniem się.
Wysiadamy na dworcu w centrum Aleppo. Śródmieście jakoś mało orientalne - na pierwszy rzut oka przypomina raczej typowe duże miasto. Kilkupiętrowe kamienice, na parterach przeróżne sklepy, z telefonami, elektroniką itp., i tylko przedziwne arabskie szlaczki na szyldach zdradzają, że jesteśmy gdzieś daleko w jakimś dziwnym kraju.
Na ulicach panuje gwar, tłok i straszny chaos. To co widzieliśmy na ulicach Aleppo to był dopiero przedsmak tego, co mogliśmy zobaczyć w reszcie kraju. Po prostu chaos, zamęt, bezład, bałagan i rozgardiasz nie do opisania. Ponieważ ulice nie są podzielone na jezdnie pasami, aut jedzie tyle ile wlezie, na ścisk. Na drogach przeważnie można spotkać charakterystyczne żółte taksówki lub małe japońskie samochodziki dostawcze. Niby są jakieś światła na skrzyżowaniach, ale co z tego. Większość kierowców traktuje czerwone światło jedynie jako sugestię do zatrzymania się, a nie wyraźny nakaz. Policjanci (których jest bardzo dużo, stoją praktycznie na każdym rogu) stoją sobie obok i nic nie robią. Syryjczycy na potęgę używają też klaksonów. Służy on nie tylko do ponaglenia ospałych kierowców, ale też do ostrzegania właśnie wyprzedzanych lub jadących zbyt blisko pojazdów.
Stoimy w centrum Aleppo jak te sieroty i nie możemy się za bardzo zdecydować co robić i gdzie iść. Najpierw kantor czy hotel? A może żarcie? Z małej mapki miasta dołączonej do przewodnika niewiele wynika, nie niemy nawet gdzie się znajdujemy. Pytamy się paru osób o drogę i dostajemy namiar na kantor mieszczący się niedaleko informacji turystycznej. Punkt wymiany walut okazał się zamknięty, ale korzystając z okazji wchodzimy do informacji, a nuż uda się zdobyć jakieś cenne wskazówki. Od pani z biura otrzymujemy dość dobre plany miasta oraz kilka kolorowych anglojęzycznych ulotek, poza tym dostajemy też adresy paru tanich hoteli. Już mieliśmy wychodzić, gdy usłyszeliśmy z boku:
  • Zdawało mi się, że słyszę polski...
Zupełnie przez przypadek natrafiliśmy na grupę Polaków, którzy przyjechali do Syrii w ramach wymiany studenckiej. Dwójce studentów (dziewczyna z Gdańska studiowała biotechnologię, chłopak z Krakowa inżynierię środowiska) towarzyszyli też Syryjczycy z Aleppo oraz Cypryjka. Od słowa do słowa, ustaliliśmy, że pokażą nam trochę miasto i wprowadzą nas we wszystkie niuanse kraju arabskiego. Dzięki ich praktycznym poradom mogliśmy bardziej płynnie i mniej gwałtowne zanurzyć się w tym egzotycznym mieście Bliskiego Wschodu. Pozwoliły nam także uniknąć zbyt dużego pierwszego szoku przy zderzeniu dwóch jakże odmiennych kultur - zachodniej i arabskiej.
Studenci zaprowadzili nas do banku, gdzie wymieniliśmy dolary (płacą ok 46 Sypów za dolca – a więc przelicznik jest bardzo prosty. Ceny w Sypach wystarczy podzielić przez 50 i pomnożyć razy 3 aby mieć wynik w złotówkach). Poszliśmy też razem do restauracji w dzielnicy chrześcijańskiej. Od samego rana zjedliśmy tylko po jednym „krakowskim” obwarzanku z sezamem, więc pieczone kurczaki z ryżem i surówkami spałaszowaliśmy w okamgnieniu.
Po posiłku przyszła pora na szukanie jakiegoś miejsca do spania. Studenci syryjscy bardzo chcieli pomóc i łazili do każdego pierwszego lepszego napotkanego hotelu, pytając się o cenę i warunki. Nawet do hotelu Baron zajrzeliśmy (gościł takie sławy jak Lawrence z Arabii czy Agatha Christie), choć oczywiście był nie na naszą kieszeń – ponad 100 dolarów za noc. Zdecydowaliśmy się, że zakwaterujemy się w hostelu Spring Flower. Polecali go w przewodniku, w internecie też o nim bardzo dobrze pisali, a poza tym był tani i w dość dobrym standardzie. Położony był tuż przy centrum, blisko informacji turystycznej i muzeum. Sam hostel leżał w 'zagłębiu samochodowym' – swoje sklepy i warsztaty miało tu mnóstwo firm sprzedających części zamienne do traktorów, ciągników i ciężarówek.
Za pokój 3-osobowy z dostawką zapłaciliśmy z góry 225 Sypów za dzień od osoby (czyli trochę ponad 4 USD). Do wyboru mieliśmy jeszcze dormitorium na dachu hostelu – wieloosobową salę zbiorową, ale woleliśmy pokoik z własną łazienką (cena i tak taka sama). Łazienka w pokoju choć własna – była trochę mała i strasznie duszna. Nie miała w ogóle wentylacji, a ciasna była tak, że woda z prysznica przy suficie lała się do umywalki i do kibla. Kibel na szczęście był europejski. W krajach arabskich to rzadkość. Tutaj raczej spotyka się „dziury” w podłodze do kucania, aniżeli muszle do siedzenia. Papieru toaletowego też nie ma – zamiast niego jest kranik z wodą do podmywania się.
W pokoju z dużych kamiennych bloków mieliśmytakże mały balkonik z widokiem na warsztaty oraz nic nie dający wentylator, mieszający ciepłe i zużyte powietrze. Hostel jest naprawdę wart polecenia. Dobry standard za dobrą niską cenę. Hostel odwiedzany jest przez bardzo wielu podróżników i turystów z zagranicy, choć podczas naszego pobytu spotkaliśmy tam głównie samych Japończyków (albo Koreańczyków, wyglądają tak samo). Obok nas swój pokój właśnie miał właśnie jeden taki mieszkaniec Dalekiego Wschodu. Pokojem to w sumie nazwać było nie można – to była izolatka 1,5 na 1,5 metra. Drzwi nie dało się otworzyć do środka bo haczyły o ledwo mieszczące się łóżko. W sumie nie dziwiliśmy się dlaczego Japoniec został zakwaterowany w tej klitce. Był mały i cały obrośnięty i wyglądał jak dziki zwierz.
Serdecznie podziękowaliśmy spotkanym dziś studentom za okazaną nam pomoc i schowaliśmy się w pokoju. Po kąpieli pora była już bardzo późna i choć było ciemno, to nie omieszkaliśmy jeszcze wyjść na miasto i zaliczyć spacer „Aleppo by night”.
Miasto wieczorem żyło swoim drugim życiem. Zewsząd połyskały kolorowe neony, a na po ulicach przewalały się tłumy ludzi. Zgiełk był jeszcze większy niż w środku dnia. Nasze kroki skierowaliśmy w stronę słynnej miejskiej cytadeli. Wcześniej jednak zahaczyliśmy o meczet Umajjadów. Meczet ten miał zupełnie inną konstrukcję niż meczety spotykane w Turcji. Tutaj świątynia miała postać ogromnego dziedzińca, który służył jako zbiorowe miejsce modlitwy oraz plac zebrań. Pośrodku wyłożonego zółto-pomarańczowym marmurem placu stała niewielka, choć bogato zdobiona studnia służąca do rytualnego obmycia nóg przed nabożeństwem. Dziedziniec był cały skąpany w nocnych światłach latarni i lampionów. W czasie kiedy tam byliśmy, akurat odbywała się wieczorna modlitwa – po zachodzie słońca (jedna z pięciu dziennie). Zdjęliśmy buty i zajęliśmy miejsce na uboczu we wnęce pod arkadami. Po drugiej stronie setki muzułmanów klęczało na dywanie i modliło się oddając pokłony w stronę Mekki. Właściwy kierunek wyznaczał mihrab – specjalna zdobiona nisza w ścianie.
Po wizycie w meczecie udaliśmy się na położoną w samym środku starego miasta cytadelę. Masywne mury oraz kamienny most prowadzący przez fosę do wnętrza fortyfikacji były podświetlone zmieniającymi się kolorowymi światłami. Przed twierdzą na niewielkim rynku znajdowało się mnóstwo stoliczków i ogródków kawiarenek i restauracyjek. Było to bardzo popularne miejsce na spędzenie wieczorów. Mieszkańcy pili kawę, sączyli czaj, pociągali dym z nargili, rozmawiali. Nikt nie pił alkoholu – muzułmanie nie piją, zresztą trudno by było go tu dostać. Jedynie w dzielnicach chrześcijańskich można spróbować znaleźć jakiś „monopol”.
Wracając do hostelu, postanowiliśmy nie iść tą samą drogą i pójść nieco na skróty. Nawet nie wiedzieliśmy kiedy wkroczyliśmy w gąszcz małych krętych uliczek. To dzielnica muzułmańska starego miasta Aleppo. Setki ciasnych i wąskich zaułków tworzyły niesamowity, nieco mroczny klimat prosto z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Uliczki wiły się i zakręcały na każdym kroku, raz stawały się szersze, a raz zwężały się na szerokość jednego metra, gdzie zmieścić się mógł tylko jeden człowiek. Oświetlały je tylko światło Księżyca i nieliczne, ledwo tlące się stare żarówki. Ceglane ściany budynków były bardzo wysokie i tylko gdzieniegdzie można było dostrzec jakieś drzwi lub fragmenty okien. Wyglądało, że zabudowa nie została tutaj zmieniona od setek lat.
W ciemnych i ciasnych korytarzach nie było żywej duszy – nie licząc żyjących w mrokach dzikich kotów z wyłupiastymi oczyma. Szliśmy już dobry kawał czasu, a wyjścia z tego labiryntu jak nie było tak nie ma. Z czasem uliczki zmieniły się w kryte sklepieniami suki, czyli typowe arabskie bazary. Oczywiście o tej porze były całkowicie opuszczone i wyludnione. Spacer po starym mieście to naprawdę niezapomniane przeżycie. Warto tutaj się zgubić.
Po powrocie do hostelu pozalegaliśmy jeszcze trochę w dormitorium na dachu. Przestudiowaliśmy przewodnik, sprawdziliśmy kalendarz i ustaliliśmy marszrutę na najbliższe dni. Czasu mamy bardzo mało (trochę ponad 2 tygodnie), a tyle ciekawych miejsc do zobaczenia w Syrii i w Jordanii. Ustaliliśmy, że priorytetem będzie teraz dla nas dostanie się jak najdalej na południe do Jordanii w okolice Petry, zahaczając po drodze wszystkie ważniejsze syryjskie atrakcje – m.in. Krak des Chevaliers, Palmyrę, Damaszek itd. Resztę postaramy się zwiedzić w drodze powrotnej, oczywiście jeżeli starczy nam czasu. Jeśli Bóg pozwoli – Inszallah !

6-ty dzień podróży, czyli na kolanach u Mustafy

Rano czekało nas pakowanie plecaków i przygotowanie się do dalszego wyjazdu. Zdaliśmy klucze i umówiliśmy się z kolesiem z recepcji na zostawienie bagaży na przechowanie do popołudnia. Po uregulowaniu rachunku, zostało nam jeszcze parę ładnych godzin do wykorzystania. Maciek z Mariuszem udali się promem do Haremu aby kupić bilety do Gaziantep (woleliśmy mieć bilety wcześniej, aby potem nie okazało się że nie ma dla nas miejsca), natomiast ja z Kubą poszliśmy na pocztę w celu nadania listów do Polski. Następnie udaliśmy w stronę dzielnicy Beyoglu leżącej po drugiej stronie Złotego Rogu, tuż za mostem Galata. Aby tam się dostać, trzeba wpierw przejść przez Spice Bazaar. Bazar ten, dużo mniejszy i skromniejszy od Wielkiego Bazaru, ma naprawdę wyjątkowy i niesamowity klimat.
Najbardziej przyciągały uwagę wielkie kopce wonnych przypraw, ziół, herbat, ogromne kloce tureckich cukierków i słodkości, aromatyczny tytoń, była nawet Turkish Viagra. Bez ogromu tandety robionej specjalnie pod turystów, której pełno na przereklamowanym Grand Bazarze.
Po wyjściu ze Spice Bazaru, tuż przed mostem po prawej stronie mieści się Yeni Cami – Nowy Meczet. Nie mogliśmy odmówić sobie wizyty w tym meczecie. Może i Błękitny Meczet powala swoją potęgą i ogromem, ale to właśnie ten mniejszy i bardziej kameralny Yeni Cami ma w sobie to coś, co sprawia, że warto tu się zatrzymać na dłużej i posiedzieć w spokoju na miękkim dywanie.
Na Beyoglu wprawdzie nie dotarliśmy, gdyż strasznie się rozpadało. Nie było sensu leźć tam w deszczu, więc zawróciliśmy pod kryte sklepienia Bazaru. Stamtąd poszliśmy w stronę Otoparku – parku Otomana mieszczącego się tuż przed pałacem Topkapi, gdzie umówiliśmy się z pozostałą dwójką.
W parku znajdował się duży pomnik Kemala Mustafy, znanego bardziej pod imieniem Atatürk. Szkoda, że przegoniła nas parkowa policja i nie udało się nam zrobić zrobić zdjęcia na jego kolanach. Atatürk to absolutny turecki bohater narodowy nr 1. To właśnie on stworzył kształt obecnej laickiej Turcji na gruzach imperium Osmanów. Na mieście wszędzie jest pełno jego podobizn, w sklepach i urzędach wiszą jego portrety, a wszystkie banknoty i monety tureckie zdobi jego facjata. Można strzelać w ciemno, że każdy większy obiekt w Turcji jest nazwany jego imieniem. Lotnisko Atatürka, Węzeł Atatürka, Most Atatürka itd. W Polsce dużo obiektów jest nazywane imieniem Jana Pawła II. W Gdańsku natomiast wszystko jest 'Bałtyckie'. Kampus Bałtycki, Galeria Bałtycka, Opera Bałtycka, Filharmonia Bałtycka, Arena Bałtycka. Nawet morze też jest Bałtyckie.
Po spotkaniu z resztą nie pozostało nic innego tylko zabrać z Erenlera plecaki i udać się do przystani promowej i następnie przepłynąć na Harem Otogar. Kołysząc się na falach Bosforu, w oddali żegnały nas szpiczaste minarety Hagii Sofii i przestronne tarasy pałacu sułtańskiego.
Planowany odjazd autobusu do Gaziantep o godz. 18.30. Jest jednak już 10 min. po czasie a autokaru jak nie było, tak nie ma. Turek z biura Urfa Cesur też się denerwuje. Wyciąga z kieszeni cztery telefony komórkowe i raz po raz wydzwania na kolejne numery, usiłując dowiedzieć się co z opóźnieniem. Po parunastu minutach zwłoki autobus w końcu zajeżdża na peron i możemy zapakować bagaże do środka (przyczyna spóźnienia to oczywiście korki na mieście).
Jesteśmy jedynymi turystami/podróżnikami w autobusie. Większość pasażerów to rodziny z dziećmi. Kobiety w Turcji (muzułmanki) zazwyczaj chodzą w długich płaszczach okrywających całe ciało oraz w chustach przewiązanymi na głowie ukrywającymi włosy. 
Na ulicach Stambułu jest to częsty widok. Natomiast czarne czadory albo burki, zasłaniające kobietę od stóp do głów włącznie z twarzą, są tu rzadkością. Coraz częściej można spotkać tzw. wyzwolone Turczynki - tradycyjne muzułmańskie chusty noszą do trampek Conversa i ciuchów ze znanych butików, dzierżąc w rękach najnowsze modele telefonów komórkowych czy ipodów.
Do widzenia Stambule! Pewnie jeszcze nie raz tutaj wrócimy!