poniedziałek, 8 lutego 2010

5-ty dzień podróży, czyli kebab z derwisza

Przez zaropiałe oczy i z obolałymi plecami od niewyspania witamy Stambuł. Trzeba się jakoś przedostać do interesującego nas centrum miasta, ale nie mamy jeszcze lirów tureckich. Nawet do kibla nie chcą nas wpuścić z resztami bułgarskich lewów. Na domiar złego, w okolicy Otogaru nie ma żadnego kantoru. Oczywiście napotkani taksiarze są bardzo chętni na wymianę naszych dolarów, jednak Bóg wie po jak zdradzieckim kursie.Z pomocą przyszedł pewien Turek arabskiego pochodzenia mówiący po rosyjsku. Słysząc o naszych problemach, wręczył nam na dobry początek naszego pobytu w Turcji 3 liry. Dzięki temu hojnemu gestowi, mogliśmy przejechać metrem do Aksaray, tam znaleźć kantor i pojechać dalej tramwajem do dzielnicy Sułtana Ahmeda.
Podziękowaliśmy pomocnemu turkowi ofiarując mu pocztówkę z Gdańska, po czym udaliśmy się do stacji metra. Przypałętał się też ten nieszczęsny kierowca, który musiał tak jak my tłuc się z „centrum” Otogar do centrum centrum.
Gdy doczłapaliśmy się do dzielnicy Aksaray, Istanbul powoli budził się do życia. Na niebie widniała przepiękna kolorowa tęcza. Swoje kramy otwierali pierwsi sprzedawcy, podnosili kraty w wystawach sklepowych, rozstawiali stoiska i zaczęli tłumnie wylegać na ulice. Kantory jednak cały czas były zamknięte – będą otwarte od 9 rano. Wciąż byliśmy bez pieniędzy, a do Sultanahmet jeszcze parę ładnych kilometrów. Iść na piechotę nie było co. Z witryny jakiegoś zamkniętego punktu wymiany walut dowiedzieliśmy się mniej więcej jaki jest kurs dolara i z tą wiedzą poszliśmy do pierwszego lepszego taksówkarza. Wymienił nam bez oszukaństwa 10 USD (1 USD = 1,5 lira). Niedługo potem siedzieliśmy już w tramwaju. W Stambule aby wejść na peron tramwajowy trzeba kupić specjalny żeton i przejść przez bramki. Już na peronie, można wejść w dowolny tramwaj lub wagon metra i jechać ile się chce.
Jest duszno i gorąco – prawie 30 stopni w cieniu. Pora jeszcze bardzo wczesna, nawet na powitalnego kebaba nie można było iść, bo sprzedawcy dopiero co nadziewali na pionowe rożny wielkie kawały mięsa. Trochę połaziliśmy tu i tam, ale poszukiwania czynnej kebabowni spełzły na niczym. Udaliśmy się więc pod Hagę Sofię, gdzie w parczku na ławeczce zjedliśmy śniadanie składające się z resztek suchego prowiantu.
Dzięki naszym dużym plecakom, mieliśmy wprost wypisane na twarzy - „turysta”. A wiadomo, turysta = dolar. Byliśmy więc łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju naganiaczy, naciągaczy, taksówkarzy itp. Ciągle ktoś nas zaczepiał i pytał czy czegoś nie potrzebujemy, a to hotelu, a to buty wypastować (uwaga na tureckich pucybutów! Mają bardzo dużą gamę sztuczek i historyjek by tylko dobrać się do waszych butów i pieniędzy!).
Posileni również widokiem Błękitnego Meczetu w porannym słońcu, ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca na nocleg. Planowaliśmy zatrzymać się w tym samym hotelu co w zeszłym roku – Erenlerze. Mieliśmy małe problemy z dotarciem na miejsce, gdyż jeszcze kręciliśmy się po różnych uliczkach w poszukiwaniu jakiegoś czynnego donera. Z ciekawości również pooglądaliśmy oferty innych hoteli jakie były po drodze. Ceny kształtowały się różnie. Od 15 lirów za dzień w jakiejś obskurnej mordowni, do 10 euro (25 lirów) w schludnych hostelach przeznaczonych specjalnie dla zagranicznych turystów. Bez problemu można było znaleźć wolne miejsca, nawet bez wcześniejszej rezerwacji. Zdecydowaliśmy się jednak na stary dobry Erenler. Ma on dość dobry standard i jest położony w samym centrum niedaleko wejścia do pałacu Topkapi. Mało turystów z niego korzysta, raczej miejscowi handlarze i sprzedawcy pasków z bazaru. Utargowaliśmy bez żadnego problemu cenę do 12,5 lira za dzień, czyli nie aż tak źle (wystarczyło powiedzieć, że byliśmy tu w zeszłym roku i płaciliśmy tyle i tyle).
Zaraz po zajęciu „czwórki”, zrzuciliśmy plecaki oraz stare przepocone i śmierdzące ubrania, po czym ruszyliśmy pod prysznic. Aaah, nareszcie kąpiel i ciepła woda (po 3,5 dobach w podróży)! A nasi autostopowicze najprawdopodobniej śpią teraz na jakimś polu słoneczników czy innej kukurydzy.
Po odświeżeniu przyszła pora ruszyć na miasto. Oprócz zaliczenia w końcu powitalnego tavuk durum, chcieliśmy dowiedzieć się czegoś na temat możliwości transportu wgłąb Turcji i do Syrii – albo do Gaziantep albo do Antakyi w prowincji Hatay, albo bezpośrednio do Aleppo. Stwierdziliśmy, że nie było sensu wracać na Otogar. To dosyć daleko i w dodatku cały czas w części europejskiej. Pojechaliśmy więc na dworzec Harem. Leży on po azjatyckiej stronie miasta, po drugiej stronie Bosforu. Aby tam się dostać, wystarczy wsiąść w tramwaj wodny (prom) wypływający z okolicy mostu Galackiego i po 15 minutach już było się na miejscu.
Trzeba zaznaczyć, że komunikacja miejska w Stambule działa bez zarzutu, wszędzie można bez problemu dojechać. Metro, tramwaje i promy kursujące po Bosforze obsługiwane są przez jedną firmę, a uniwersalne żetony kosztują po 1,5 lira (3zł).
Na stacji Harem po paru minutach wiedzieliśmy już wszystko. Wystarczyło rzucić „Gaziantep”, a już obskakiwał cię tłum naganiaczy i przedstawicieli firm autokarowych, którzy wszystko za ciebie załatwią. Prywatnych firm przewozowych w Turcji jest całe mnóstwo, do wyboru do koloru. Oferują one przejazdy do prawie każdego tureckiego miasta. Godziny odjazdów są zróżnicowane, więc można wybrać bardziej odpowiadający kurs (nareszcie koniec rumuńskiego oligopolu). Ceny też są dosyć elastyczne. Pierwsza cena którą podają i tak jest zwykle zawyżana, więc zawsze można coś utargować. Ustaliliśmy cenę na 45 lirów za osoby (w biurze największego przewoźnika Metro chcieli 60). Wyjazd ok. 18 dnia jutrzejszego. Daje to nam całe półtora dnia na relaks i odpoczynek w Stambule.
Dla świętego spokoju, udaliśmy się jeszcze z Maćkiem w kierunku dworca kolejowego Haydarpasha, leżącego również po stronie azjatyckiej. Chcąc pójść na skróty, poszliśmy drogą przez stary cmentarz angielski. Znajdują się tu groby żołnierzy angielskich oraz francuskich poległych podczas wojny Krymskiej z Rosją. Są tu także przeniesione prochy Hindusów z okresu wielkiej wojny w 1920r. Nagrobki są bardzo skromne - z ziemi wystają tylko niewielkie obeliski lub płyty z napisanym nazwiskiem (a czasami bez). Pośrodku stoi wielki obelisk upamiętniający wszystkich poległych, ufundowany przez królową Wiktorię. Z czterech stron obelisku widnieją napisy w 4 różnych językach, a płyty trzymane są przez dosyć osobliwe rzeźby aniołów w turbanach. Nasz skrót przez cmentarz niestety na nic się nie zdał, gdyż wyjście było zamknięte a płot otoczony drutem kolczastym. Musieliśmy wracać naokoło, ale przynajmniej zobaczyliśmy ciekawy obiekt historyczny.
Dworzec Haydarpasha ma chyba najbardziej niesamowite położenie ze wszystkich dworców które widzieliśmy do tej pory. Wielkie wrota wychodzą wprost na Bosfor. Ze strony europejskiej można łatwo się tu dostać promem, bez konieczności jechania naokoło drogą lądową przez most. Niestety w informacji niczego ciekawego się nie dowiedzieliśmy. Najbliżej syryjskiej granicy jechał pociąg do Adany, ale w sumie i tak nie było na niego miejsca ani na dziś ani na jutro. Pozostaje autobus.
Nasi autostopowicze powinni już zbliżać się do Stambułu. Umówiliśmy się w parku pod Hagą Sofią. Po niedługim czasie byliśmy już w komplecie, a Kuba z Mariuszem zrelacjonowali nam przebieg swoich wojaży. Praktycznie przez całą Bułgarię aż do granicy tureckiej udało im się pokonać stopem. Kilkakrotnie zmieniali samochody, zabierani byli przez przeróżnych kierowców. Na noc zatrzymali się na jakimś polu słoneczników, a rano przeszli granicę pieszo wzbudzając niemałą sensację. Turcy jadący w stronę Stambułu jednak ani razu się nie zatrzymali (a Turcja to podobno najlepszy kraj na stopa), widocznie kierowcy obawiali się zabierania nieznajomych przez przejście graniczne. Wyniknąć mogły z tego problemy, bo np. nie wiadomo co taka osoba może mieć w plecaku. Nawet kierowcy tirów na polskich blachach niechętnie rozmawiali i wykręcali się. Ostatni odcinek do Stambułu podjechali więc już jakimiś rejsowymi autobusami.
Po zakwaterowaniu w hotelu poszliśmy wspólnie na miasto. Zaserwowaliśmy sobie po kolejnym durumie (durum kebab to mięso owinięte w cienki placek jak tortilla), po czym znowu udaliśmy się w stronę meczetu Sultana Ahmeda, znanego bardziej pod nazwą 'Błękity Meczet'. Budowla ta robi na nas nieprzerwanie duże wrażenie. Ogromna, wymalowana kolorowymi freskami i ornamentami kopuła oparta na czterech wielkich kolumnach, i ponadto niezliczona ilość mozaik układanych z błękitnych kafli tworzących fantazyjne geometryczne wzory po prostu zapierają dech w piersiach. To naprawdę trzeba zobaczyć.
Czym by jednak nie była wizyta w Stambule bez wieczornego czaju i zapalenia nargili. Wybraliśmy miejsce położone w ustronnym miejscu w uliczce koło Hagi Sofii. Miejsce to było chętnie odwiedzane przez zachodnich turystów, być może to ze względu na przewidziany na dzisiaj „tradycyjny” taniec derwisza.
Derwisze byli muzułmańskimi mnichami i mistykami. Spośród nich chyba najbardziej znani są Mewlewici, czyli tańczący derwisze. Ubrani w szpiczaste czapki i białe sukna, oddawali cześć Bogu wykonując hipnotyczny taniec. Gdy jedna ręka skierowana była ku niebu a druga ku ziemi, derwisze kręcili się w kółko wpadając w swoisty hipnotyczny trans. Dzisiaj prawdziwych derwiszów trudno znaleźć, choć performance tańczącego w kółko turka mógł się podobać. Później jednak widzieliśmy tego samego derwisza tańczącego dla turystów w innej knajpie, więc z religijnym rytuałem taniec ten już ma mało wspólnego.
Stambuł to miasto, które długo nie śpi, a życie towarzyskie toczy się głównie w nocy. Liczni uliczni sprzedawcy nawołują oferując różne przekąski: prażone orzechy, małże, lody, kukurydze, obważanki z sezamem, ayran (słony kefir), słodycze. No i oczywiście kebaby: tavuk, et, doner, durum, kokorec... można by wymieniać bez końca. Powłóczyliśmy się jeszcze trochę po uliczkach i zaułkach skąpanego w nocnych światłach Stambułu, po czym zakupiliśmy winko z zamiarem zakończenia dnia wylegując się na tarasie w hotelu.

sobota, 6 lutego 2010

4-ty dzień podróży, czyli piechotą do Bułgarii

Kto jechał autokarem jakiś dłuższy dystans wie jaka to mordęga. Wyspać się w pozycji siedzącej po prostu się nie da. Jeszcze gorzej jest w przypadku pozycji 'na mózgojeba' – gdy głowa oparta o okno podskakuje na wertepach i wali w szybę jeb jeb jeb.
Do Bukaresztu docieramy zgodnie z planem, tj. na 4 nad ranem. Jest jeszcze ciemna noc. Zatrzymaliśmy się na dworcu Otogar Est. Nie wiemy jednak w jakiej części miasta się znajdujemy (niby wschód, ale jak to daleko np. od centrum?). Po krótkim rozeznaniu i zaczerpnięciu języka dowiedzieliśmy się, że autobusy do Turcji stąd nie odjeżdżają, tyko z położonego gdzie indziej dworca Filaret. Nie trwało długo jak zainteresowali się nami kierowcy taksówek. Ciężko było się dogadać, ale ustaliliśmy cenę kursu na dworzec po lekkich targach na 40 lei. Pewnie ostro przepłaciliśmy, ale była noc i nie wiedzieliśmy jaka to była odległość, więc co robić.
Otogar Filaret o 4.30 świecił jednak pustkami. Zdawać by się mogło, że nie było tu ani żywej duszy. Nieprawda. Gdy weszliśmy na dworzec, od razu obskoczyła nas sfora bezpańskich psów. Szczekały i ujadały, jakby próbowały przegonić intruzów z ich terytorium. Ilość dzikich psów w Rumunii przekracza ludzkie pojęcie. W jednym z poradników dotyczącym podróżowania po tym kraju wyczytaliśmy, że warto zaopatrzyć się kij do odpędzania tych bezpańskich pchlarzy. Teraz okazało się, że to wcale nie takie głupie...
Po krótkiej chwili udało nam się znaleźć agencję biura Óz Turizm, oferującej kursy do Stambułu. Była jednak zamknięta na cztery spusty – otwarte dopiero od 9. Połaziliśmy trochę wokół dworca próbując czegoś się dowiedzieć, ale z Rumunami ciężko się jest dogadać. Na pytania w stylu:
  • Do you speak english?
  • Parlez vous francais?
  • Sprechen Sie deutsch?
  • Gawaritcie pa ruski?
Wzruszają tylko ramionami (w Suczawie to przynajmniej ukraiński znali).
Jak z nieba trafił nam się jednak taksiarz mówiący perfect po angielsku (prawdziwy ewenement). Okazało się, że firm do Stambułu jeździło kilka i wszystkie miały swoje siedziby w okolicach Otogar Filaret. Był też pewien mankament – wszystkie firmy wyjeżdżały razem o tej samej porze, tj. o 16.00. Była też siedziba Murata i Torusa – więc wychodziło na to, że znowu mieliśmy do czynienia z brakiem konkurencji, jedną godziną wyjazdu dla wszystkich i zmową cenową.
Nie trudno się domyślić, byliśmy trochę niezadowoleni. Oczywiście czekanie i kolejne suczawienie nie wiadomo ile godzin nie miało sensu, trzeba było ruszać dalej. Kupiliśmy więc bilety na autobus do nadgranicznego miasteczka Giorgiu. Bus odchodził o 6.30, czyli nie tak źle. Zapłaciliśmy dolarami, gdyż nie mieliśmy dosyć rumuńskich lei ze względu na drogi kurs taksą. Pozostało nam tylko poczekać w pobliskim ogródku jordanowskim na odjazd busa.
Z Bukaresztu wyjechaliśmy drogą przez centrum. Nie robiło ono jednak zbyt dobrego wrażenia. Szare bloki z płyty wyglądały jak wszędzie, tutaj jednak wydawały się być jeszcze bardziej ponure. Najbardziej raziła jednak ogromna samowola budowlana. Wszelkie instalacje techniczne prowadzone były 'na odwal' po wierzchu ścian. Rury od gazu, przewody, kable, klimatyzatory – wszystko to wywalone jest na wierzch na zewnętrzne fasady. Setki kilometrów rur i kabli kłębiły się na każdym budynku i na każdym słupie, tworząc ogromne i niechlujne supły i pęki. Nie sposób było połapać się w tej plątaninie. Wyglądało to koszmarnie i bardzo szpeciło wszystkie budynki. Nie oszczędzili nawet zabytków i obiektów o secesyjnej architekturze, np. dowalając na zewnętrzną historyczną elewację jakieś obskurne klimatyzatory.
Podróż do Giorgiu minęła na szczęście szybko. Niestety, wbrew naszym oczekiwaniom, autobus nie zawiózł nas do granicy tylko do centrum miasta. Duża ilość kraciastych przemytniczych toreb w luku bagażowym autobusu wprowadziła nas w błąd.
Pozostało więc przejść przez granicę pieszo lub ewentualnie złapać jakiegoś stopa. Trochę pobłądziliśmy, gdyż mieliśmy problemy z ustaleniem dobrego azymutu. Znaków z kierunkami nie było, a napotkani Rumuni po pytaniu „Frontiera? Bulgaria?” raz mówili tak, a raz zupełnie inaczej. Świadomie w błąd wprowadzali też taksiarze – twierdząc np. że do granicy jest ponad 15km i że oni mogą nas 'tanio' podwieźć i takie tam.
Przejście leżało spory kawałek od centrum Giorgiu. Nie przejmowaliśmy się tym jednak. Świeciło słoneczko i dość przyjemnie się szło, nawet z ciężkimi plecakami. To bez porównania lepsze od siedzenia na dupie w knajpie podczas ulewy w Suczawie.
Naturalną granicą między Rumunią a Bułgarią jest rzeka Dunaj. Oba kraje łączy wielki most, szumnie nazwany Mostem Przyjaźni (Most na drużbata). Ta wielka stalowa konstrukcja o długości prawie 3km posiada dwa poziomy – górny dla samochodów i dolny kolejowy. Most został zbudowany w 1954, o czym przypominają pamiątkowe tablice i tetrapylony na początku i na końcu przejścia. Odprawa paszportowa znowu ogranicza się tylko do zerknięcia w paszporty. Ponieważ jest to wewnętrzna granica UE, nikt nie bawi się w nawet we wlepianie pieczątek. 
Teoretycznie można by przekroczyć granicę na dowód osobisty (potwierdzającym obywatelstwo UE), a gdy oba kraje wejdą do strefy Schengen, odprawa paszportowa zniknie w całości.Celnicy trochę dziwili się, czemu granicę pokonujemy pieszo a nie np. w maszynie. I mieli rację. Dunaj wcale nie jest jakąś tam małą rzeczką. To druga (po Wołdze) największa rzeka w Europie. Co więcej, stalowy most nie przebiega wyłącznie nad samą wodą, lecz ciągnie się wiele metrów poprzez przygraniczne pasy ziemi niczyjej (tzw. No man's land). Przejście całego Дунав мост zajęło nam przeszło godzinę (do tego jeszcze godzina dojścia do mostu z miasta). Najlepszym rozwiązaniem zdaje się jest złapanie stopa tuż przed odprawą graniczną (później dowiedzieliśmy się, że niby przechodzić pieszo mostu nie wolno, inny mieli z tego powodu duże problemy).
Oto przed nami Bułgaria. Bułgarska pani celniczka śmiała się z nas, że idziemy na piechotę taki kawał. Pytała czy do Stambułu też mamy zamiar iść pieszo. Bardzo śmieszne. Schodząc z mostu trafiliśmy do przedmieść bułgarskiego Ruse (Pyce). Trzeba było dostać się na dworzec aby szukać dalej transportu na południe. Na szczęście właśnie podjechał miejski autobus nr 11, który rzekomo miał jechać w tamtą stronę. Szybko więc wpakowaliśmy się do środka, bez biletów ani bułgarskich pieniędzy. Kontrolerkę w autobusie przekupiliśmy paroma kawałkami okupionej krwią czekolady (z krwiodawstwa) oraz postawą na biednego i turystę. Autobus zawiózł nas na drugi koniec miasta pod sam dworzec.
Budynek dworca – jak w większości krajów byłego Bloku Wschodniego – monumentalny i okazały, największy budynek w mieście, w takim samym stylu architektonicznym co Pałac Kultury. Przejście podziemne też robiło wrażenie – szerokie, przestronne, wyłożone płytami z marmuru. Do tego klimatyczne tradycyjne zakłady rzemieślnicze usytuowane po bokach. Wyglądało to o klasę lepiej niż np. u nas w Gdańsku, gdzie pomijając syf i brud, na całej długości wąskiego korytarza stoją sprzedawcy jakichś gaci i butów oraz babcie z pietruszką, dodatkowo zmniejszając drożność.
Sprawdziliśmy pociągi, lecz nic interesującego niestety nie jechało. Był wprawdzie bezpośredni pociąg do Stambułu, ale bardzo drogi (66 LEW, czyli ok. 151zł) i dodatkowo jadący strasznie długo. Alternatywą był pociąg do Swelingradu leżącego przy granicy tureckiej, ale właściwie był to ten sam pociąg i wysiadając w Swelingradzie nic byśmy nie zyskali.
Pozostają jeszcze autokary – owszem są, cena nie najgorsza (40 LEW, 92zł), ale wyjeżdżają dosyć późno – o 18. I znowu niemal identyczna sytuacja ja w Rumunii. Kilka firm przewozowych, ta sama cena, ta sama godzina odjazdu, zero konkurencji. Właściwie to nie wiadomo czym się kierować przy wyborze firmy, bo autokary też mają identyczne. Chętnie zdecydowalibyśmy się na autobus, ale ta późna godzina odjazdu... Teraz jest 11, oznacza to 7 godzin suczawienia. Trzeba jednak zaznaczyć, że obijanie się w słonecznym, zadbanym mieście takim jak Ruse a biedną rumuńską Suczawą to zupełnie inne bajki.
Po posiłku w miejscowej knajpie i piwku decydujemy co robimy dalej. Nieco irytuje nas fakt, że autobusy do Stambułu nie mają zróżnicowanych godzin odjazdu i zawsze przyjeżdżają na miejsce o 6 rano, nieważne czy wyjeżdżają z Rumunii czy Bułgarii. Rządni przygody Kuba z Mariuszem nalegają na podróż do granicy stopem, tak aby nie tracić tutaj czasu.
Ostatecznie decydujemy się rozdzielić. Ja z Maćkiem wyruszymy autobusem o 18, a pozostała dwójka będzie szukać szczęścia na bułgarskich drogach. Ze stopem może wyjść różnie. Najgorsze to ujechać kawałek i utknąć gdzieś na noc na jakimś zadupiu gdzie ciężko będzie o dalszy transport. Umówiliśmy się na jutro w Stambule pod Haga Sofią w centrum w dzielnicy Sultanahmet. Ponieważ i tak mamy zamiar spędzić w Stambule 1-2 dni, to ewentualne opóźnienie autostopowiczów na nic nie będzie rzutowało.
Pożegnaliśmy się więc i życzyliśmy chłopakom szczęścia. Nam z Maćkiem pozostaje pół dnia w bułgarskim Ruse. Czas ten planujemy skrzętnie wykorzystać na drzemkę i zregenerowanie sił. Po krótkim spacerku znaleźliśmy mały, acz przyjemny zielony skwerek położony w cieniu bloków i po prostu położyliśmy się na ławeczkach.
Jest gorąco i trochę duszno. Wędrujące po nieboskłonie słońce zmusza nas do kilkakrotnej zmiany pozycji. Odpoczynek jest jednak potrzebny. Dziś czeka nas bowiem kolejna noc w autokarze. Tureckie autokary to jednak nie ta liga co jakieś tam rumuńskie, nie mówiąc już o naszych beznadziejnych PKS-ach. Autobusy są nowe, posiadają klimatyzację, wideo i wszelkie wygody. Stewardessa serwuje kawę, herbatę, jakieś ciasteczka. Pasażerowie dostają też kilka kropel wody kolońskiej na odświeżenie się. Pociera się nimi ręce i kark. Kierowca też cały elegancki jak stróż w Boże Ciało. Do czasu – z chwilą ruszenia, zdejmuje krawat i rozpina szeroko koszulę odsłaniając owłosioną klatę.
Ruszamy z Ruse prawie pustym autokarem, jednak w miarę upływu drogi na kolejnych przystankach dosiada się coraz więcej pasażerów. Jadąc bułgarskimi drogami, uwagę przykuwa widok wielu skąpo odzianych pań, przebierających nóżkami i oczekujących z niecierpliwością na kierowców tirów żądnych mocnych wrażeń.
SMS od Kuby – są już w Starej Zagorze. Nieźle. Nie próżnowali i udało się im już przejechać prawie przez całą Bułgarię, a najważniejsze przejechać trudny odcinek przez góry. Droga wiedzie przez wąskie i kręte serpentyny. Nasz kierowca (trochę nerwowy i wyprzedzający co się da) bierze każdy zakręt bardzo zamaszyście, zajmując zawsze całą szerokość jezdni. Potencjalnych kierowców jadących na czołówkę ostrzega klaksonem i puszczając sygnały świetlne.
Po paru godzinach granica bułgarsko – turecka. W stosunku do ubiegłego roku uległa diametralnej zmianie. Przejście graniczne zostało zmodernizowane i powiększone. Dodano znacznie więcej budek kontrolnych i okienek, a w wolnocłowej strefie buforowej wybudowano duży pawilon handlowy (taką Galerię Bałtycką), gdzie w sklepach duty-free można kupić alkohol, papierosy i perfumy (w domyśle tanio).
Odprawa paszportowa przeciąga się jednak niepotrzebnie długo. Punktów do kontroli jest kilka. Pierwszy bułgarski, drugi, potem turecki i kolejne. Na każdym punkcie sprawdzanie paszportów, czasami bagaży (tylko rzucają pobieżnie okiem, nikomu w gaciach nie grzebią). My jako turyści musimy kupić wizę. Jako jedyni z całego autokaru jeszcze jej nie mamy (jadą prawie sami Turcy) i musimy iść na drugi koniec przejścia do jedynego okienka wydającego wizy – okienka nr 92 (wszystkich jest ponad 100). Cena wizy jednak uległa znacznej podwyżce – teraz kosztuje już 20 USD (rok temu 12 USD).
Po granicy i odprawie został do pokonania jeszcze odcinek 200 kilometrowy do samego Stambułu. Powinno pójść gładko, prowadzi tam bowiem wielopasmowa autostrada. Gdyby kontrola uwinęła się szybko, mogli byśmy już być na miejscu przed 4, jednak przez właśnie długi czas stracony na granicy i zbyt częste i długie postoje (co 2h 15-20min), docieramy na miejsce o 6 (w sumie to lepiej, bo co tam robić o 4 w nocy). Myśleliśmy, że wysadzą nas w centrum w dzielnicy Sultanahmet. Kierowca nawet pytał się nas, kiedy chcemy wysiadać i specjalnie kładł nasze bagaże z innej strony luku. Stacją docelową był jednak Otogar – ogromny dworzec autobusowy, położony od „centrum” kilka przystanków metrem i drugie tyle tramwajem...

3-ci dzień podróży, czyli Suczawienie w Suczawie

Czerniowice przywitały nasz gęstym, rzęsistym deszczem. Aby przedostać się do Rumunii, musieliśmy udać się na dworzec autobusowy leżący na drugim końcu miasta. Szczęśliwym trafem akurat zajechał właściwy trolejbus i nie musieliśmy iść w tej ulewie taki kawał.
Na dworcu – niespodzianka. Oto przed wejściem czeka sobie na klientów kierowca busa - rakiety z Suczawy, ten sam, z którym jechaliśmy rok temu przez granicę. Od razu nas poznał i w mig zaproponował, abyśmy się właśnie z nim zabrali do Rumunii. Nie mieliśmy i tak zbytnio wyboru – dziś była niedziela, a autobus rejsowy był dopiero w poniedziałek rano. Oczywiście nie było sensu czekać do jutra, więc z chęcią się z nim zabraliśmy.
Bardzo liczyliśmy na to, że uda nam się spotkać na szlaku Przemyśl – Stambuł jakichś innych podróżników. Trasa ta jest bowiem wśród Polaków bardzo popularna (rok temu w taki sam sposób jechaliśmy do Gruzji). Oprócz naszej czwórki do rakiety zapakowało się jeszcze dwoje turystów z Polski. Niestety nie udawali się oni w kierunku Turcji jak my, tylko nad Deltę Dunaju.
Po chwili już opuszczamy Czerniowce, jeszcze tylko załadunek kilku tajemniczych czarnych pudełek do przewiezienia przez granicę i jedziemy. Z odprawą nie ma problemów. Jako obywateli UE rumuńscy celnicy rzucają tylko oczy na paszporty i puszczają nas dalej.
Po ok. godzinie byliśmy już w Suczawie. Nasz wozitiel, jak przystało na obrotnego marszrutkarza, wykonał parę telefonów i w mig zaoferował kilka porad co do dalszego transportu do Bułgarii i Turcji. Opcji mieliśmy bowiem kilka. Poza autokarem prywatnej firmy jadącej z Suczawy bezpośrednio do Stambułu (opcja wygodna ale droga), mieliśmy też możliwość dojazdu do Bukaresztu pociągiem „Akcelerator” lub jakimś nocnym autobusem. Szofer wspominał też coś o załatwieniu transportu do Sofii przez jakiegoś znajomego, ale nie bardzo było to nam na rękę. 
Poza kwestiami cenowymi bardzo ważne było również odpowiednie zgranie godzin przyjazdów i odjazdów kolejnych środków transportu. Nie chcieli byśmy bowiem utknąć gdzieś na noc na jakimś zadupiu, w jakimś Bukareszcie lub na granicy z Bułgarią.
Zdecydowaliśmy się na nocny autobus do Bukaresztu. Stamtąd będziemy jakoś kombinować dalszy transport: albo bezpośredni bus do Turcji, albo przynajmniej do Bułgarii. Stolica, jak sądzimy, oferować będzie znacznie większy wachlarz opcji niż taka prowincjonalna Suczawa. Z bezpośredniego busu do Stambułu na razie rezygnujemy.
Okazuje się, że sytuacja w suczawskim rynku transportowym w ogóle się nie zmieniła. Nadal panuje tu swoisty oligopol dwóch firm – Murata i Torusa, które są z sobą w zmowie cenowej. Wyjazdy obu autobusów są o 7.00, o 16.00 są jużw Bukareszcie. Panie z biura (trudno to nazwać biurem, jest to po prostu wynajęty pokój w przydworcowym hotelu – całe wyposażenie to łóżko na którym śpi jakaś baba i parę krzeseł) twierdzą, że z Bukaresztu do Turcji nic innego nie jeździ. Trudno jest nam teraz w to uwierzyć.
Jest jeszcze autobus do Bukaresztu. Problem jest jednak w tym, że bus odjeżdża z dworca w Suczawie o 21.00, a teraz jest zaledwie 12. Daje nam to calutki dzień na opieprzanie się, picie browarów i czekanie na odjazd. Trochę nam się to nie podoba, bo przecież można by znacznie lepiej wykorzystać ten czas, np. na dojazd do kolejnych miejscowości.
Chcąc nie chcąc, wybieramy się więc na miasto. Najpierw przydało by się jednak coś zjeść na ciepło. Tu także z pomocą przyszedł szofer rakiety. Ponieważ była niedziela i większość restauracji i sklepów była zamknięta, zaprowadził on nas w jakiś ciemny zaułek za targiem do pobliskiej knajpy. Wyglądała ona trochę jak speluna – mordownia, gdzie lokalni pijaczkowie przychodzili na wódkę i winiacze. Oprócz alkoholu w knajpie serwowali również mici – jest to mielone mięso smażone na grillu z dodatkiem musztardy, które je się wykałaczkami. W sumie było takie sobie, ale było ciepłe i dość tanie.
Po posiłku mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu do przebalowania w mieście. Ponieważ już wcześniej byliśmy z Kubą w Suczawie, zdołaliśmy poznać trochę to miasto. Poza paroma cerkwiami i dużym średniowiecznym zamkiem poza miastem nie ma tu nic ciekawego. Niestety naszego obecnego pobytu w Suczawie nie można było zaliczyć do udanych. Podczas poszukiwań sklepu z zaopatrzeniem na dalszą drogę zupełnie się rozpadało. W sumie rano w Czerniowicach też padało, a jak przyjechaliśmy niebo w Suczawie było całe ołowiano-sine od chmur. Teraz jednak przytrafiło się istne oberwanie chmury. Chcąc schronić się przed deszczem, uciekliśmy do pobliskiego McDonalda. 
Przy kawie (jedyna dobra rzecz w tych knajpach) staraliśmy się przeczekać deszcz. Wcześniej jeszcze rozważaliśmy spróbować podjechać trochę stopem wgłąb kraju zamiast bezczynnie czekać, ale teraz i to odpadało. Lało nieprzerwanie, a czas dłużył się niemiłosiernie. Dopiero po ok 2,5h przestało padać na tyle, że można było w miarę bezpiecznie wyjść na dwór. 
Nie było jednak sensu iść do ruin zamku w taką beznadziejną pogodę. Próbowaliśmy jeszcze dostać się do cerkwi – niestety też bezskutecznie. Wiadomo – dziś niedziela, wszystko pozamykane. Nawet kościoły. Do odjazdu autobusu zostało jeszcze parę godzin. Pozostało tylko zaleganie w knajpie lub włóczenie się w deszcz po mieście. Właśnie wtedy pojawił się wśród nas termin „suczawienie”. Oznaczało to nic innego jak bezsensowne zabijanie czasu w jakiejś beznadziejnej dziurze w oczekiwaniu na transport lub dalszy rozwój wypadków.
Z nudów poszliśmy jeszcze na małą wycieczkę do górnej części miasta, nad którym górowała wysoka wieża nowego neogotyckiego kościoła. Widok dookoła nie był jednak budujący. Oto znajdowaliśmy się pośrodku ponurego, szarego blokowiska z wielkiej płyty. Bloki były w opłakanym stanie, wszędzie odpadał tynk, a dziury w ścianach były tak duże że budynki sprawiały wrażenie jakby się miały zaraz rozpaść. Do tego wielka popsuta fontanna na środku skwerku i parczek z rozwalonymi latarniami i poprzewracanymi ławkami. Wokół same podejrzane typy spod ciemnej gwiazdy i pijaczki. W połączeniu z tą psią pogodą, Suczawa wydawała się dosyć przygnębiająca. Znudzeni i w nietęgich nastrojach ostatnie godziny do wyjazdu spędziliśmy na dworcu.
W końcu jakieś spotkanie z podróżnikami. Duży plecak, przytroczona karimata i namiot – krótka wymiana wzroku i już wiemy, że to Polacy. Spotkana przez nas para wracała właśnie z rumuńskich gór, gdzie się nieco powspinali i połazili. Podobnie jak nas, los przywlókł ich do tego smutnego jak p***a miasta, gdzie musieli posuczawić do przybycia jakiegoś transportu na Ukrainę. Niestety w niedzielę wieczór szanse, żeby coś się trafiło malały z każdą przesuczawioną godziną.
Dworzec autobusowy pełnił również schronienie dla paru miejscowych meneli. Niektórych to już nawet na 'ty' znaliśmy. Po jakimś czasie wpadł jednak jakiś koleś z obsługi dworca i dosłownie wszystkich śpiących i zalegających żuli powypieprzał. Całe szczęście, że nas zostawił w spokoju. Po dwóch dniach podróży, śpiąc na ławce w poczekali sami wyglądaliśmy nieco jak te menele.
Podstawili już nasz autobus do Bukaresztu. Połowa miejsc była wolna, więc mieliśmy nadzieję, że uda nam się zająć po dwa miejsca i przekimać, ale po chwili na następnej stojance dosiadło się więcej ludzi i autobus był pełen.

2-gi dzień podróży, czyli z Krakowa do Lwowa

Niestety w pociągach jest tak, że jakby się człowiek nie starał, to i tak się nie wyśpi. Nie pomogły nawet fotele lotnicze. Sen był bardzo płytki, przerywany, lub po prostu go nie było. O 4 rano słońce już zaczęło niemiłosiernie świecić i przebijać się przez zaropiałe powieki. Nie ma jednak co narzekać, na korytarzu inni mieli znacznie gorzej.
Pociąg wyraźnie zwalnia. To przedmieścia Krakowa. Mijamy po drodze Mysłowice i podziwiamy zza okien jakieś ruiny opuszczonych kopalni rodem z jakiegoś postapokaliptycznego filmu.
Do Krakowa Głównego docieramy jednak grubo spóźnieni i nie mamy szans na przesiadkę na planowany podciąg jadący do Przemyśla. Następny pociąg w tym kierunku dopiero za 2 godziny. Czas ten wykorzystujemy na kawę i śniadanie. Na zwiedzanie Krakowa nie mamy raczej szans – docieramy jedynie do Rynku i Sukiennic, po czym szwędając się między uliczkami zabijamy czas. Trochę szkoda, bo Kraków jest naprawdę ładnym i ciekawym miastem i warto by tu było kiedyś przyjechać na dłużej.
Pociąg do Przemyśla jedzie prawie cały pusty. Bez problemu ładujemy się do przedziału ze wszystkimi tobołami. Te parę godzin próbujemy wykorzystać jeszcze na drzemkę i regenerację sił przed kolejnym odcinkiem podróży.
W Przemyślu nie bawiliśmy długo – tylko krótka wizyta w spożywczaku i już siedzieliśmy w marszrutce do położonego kilka kilometrów za miastem przejścia graniczne w Medyce (cena 2zł). Na granicy prawie w ogóle nie było ludzi. Rok temu to miejsce było pełne drobnych przemytników, mrówek oraz ludzi sprzedających alkohol i papierochy bez akcyzy. Tym razem jednak był takie pustki, jakby przygraniczny handel i mikro-przemyt przestały się opłacać. Może ogólnoświatowy kryzys A.D. 2008 dotarł również tutaj?
Polska odprawa przebiegła w okamgnieniu, gorzej z ukraińską. Nagle ni stąd ni zowąd przed nami wyrosła spora kolejka. Trzeba było wypełnić deklaracje wizowe i odczekać swoje do okienka. Nie wszyscy mają jednak mają czas i ochotę stać w kolejce jak jacyś frajerzy. Niektórzy Ukraińcy pchają się na chama i prą do przodu z tobołami i bagażami tratując wszystko na swej drodze. W sumie sama odprawa po stronie ukraińskiej to formalność – zeskanowanie numerów paszportu, odbiór deklaracji wizowej (której i tak nikt nie czyta) i wbicie stempelka. Na bardziej szczegółową kontrolę po prostu nie ma czasu, nie ma też do tego odpowiednich warunków.
Po drugiej stronie granicy spotkaliśmy małą grupkę Polaków oczekujących na odprawę. Okazało się, że wracają z Zakaukazia – z Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Bardzo ucieszyli się gdy dowiedzieli się, że też byliśmy tam rok temu. Poczęstowali nas piwkiem oraz butelką słynnej gruzińskiej mineralnej „Borżomi”. Chciało by się zostać dłużej, porozmawiać i wymienić doświadczenia, ale niestety czas nas gonił.
Zaraz po wyjściu z przejścia spotkała nas typowa przygraniczna sytuacja. Obskoczyła nas chmara kierowców taksówek oferujących swe „usługi”. Oznajmili, że do Lwowa nie ma ani marszrutek ani autobusów, a oni mogą nas łaskawie zabrać za jedyne 10 dolców od osoby. Krótko mówiąc szukali frajera. Kilkadziesiąt metrów dalej było bowiem stanowisko autobusów rejsowych do pobliskich Mościc oraz Lwowa – koszt to 16 hrywien (UAH), czyli około 8zł.
Bilety na autobus można kupić w kasie i dostać paragon, ale też u kierowcy, o czym nie wszyscy wiedzą. Miejscowi chętnie korzystają z tej opcji - wsiadają do autobusu na długo przed odjazdem i zajmują miejsce, a kasę dają kierowcy do łapy już po wyruszeniu. Dla nas miejsc siedzących już nie starczyło, więc drogę (ok. 100km, 1,5h) pokonaliśmy na stojąco.
We Lwowie wysiedliśmy tuż przed dworcem kolejowym. Kupiliśmy bilety na ukraińskie kuszetki, czyli tzw. platzkarty do miasta Czerniowice na południu kraju. Cena, ani nawet godzina wyjazdu pociągu w ciągu roku się nie zmieniła (37 UAH, wyjazd o godz. 21.30, pociąg nr 604 z peronu 3ciego).
Była 19, zostało nam więc 2h na zobaczenie Lwowa. W sumie byliśmy już w tym nota bene pięknym mieście (niektórzy nawet niejednokrotnie), więc ograniczyliśmy się tylko do posiłku w kultowej już „Pyzatej Chacie”, serwującej regionalne ukraińskie jadło. Polecamy tą restaurację z całego serca, może nie jest najtańsza (jak na lokalne warunki), ale jedzenie serwują tam doprawdy przednie (np. pyszna zupa soljanka). Zakupiliśmy jeszcze zaopatrzenie na drogę – piwo Obolon, po czym wsiedliśmy w jakiś przedwojenny tramwaj jadący w kierunku dworca kolejowego.
Po tej krótkiej acz owocnej ekskursji po Lwowie zasiedliśmy na naszych miejscach w pociągu. Ukraińskie kuszetki różnią się znacznie od naszych. Tutaj nie ma przedziałów, korytarz ciągnie się przez cały wagon, prycze zaś ustawione są wzdłuż i prostopadle do niego. Zwykle w platzkartach jeżdżą tłumy, rodziny z dziećmi czy żołnierze na przepustkach, co w połączeniu ze specyficzną architekturą wagonu gwarantuje udaną integrację. Teraz jednak pociąg świecił pustkami, nawet prowadnika nie było, oferującego zwykle uzupełnienie zapasów na czas długiej podróży. Byliśmy prawie jedynymi pasażerami w wagonie. Pani konduktor powiedziała, że to ze względu na weekend.
Drewniany wagon na który trafiliśmy miał już swoje lata. Ostatnio remontowany był chyba za Chruszczowa. Miał on swój niepowtarzalny klimat, ale również mankamenty, np otwarte na oścież okno, którego nijak nie dało się zamknąć. Wieczorem jeszcze jakoś szło,ale w nocy,kiedy wiatr zawiewał krople zimnego deszczu do środka, było to bardzo denerwujące. Dobrze, że chociaż można się było w miarę wyspać. To duża ulga po nocy w PKP.

1-szy dzień podróży, czyli zaczynamy wyprawę

Pierwszy odcinek wyprawy i zarazem jeden z najdłuższych jaki mamy do przebycia za jednym razem, to przejazd pociągiem PKP przez całą Polskę z Gdańska aż do Przemyśla. Stamtąd mieliśmy zamiar przedostać się na Ukrainę i dalej podróżować już na południe przez Rumunię, Bułgarię aż do Turcji. Pociąg pośpieszny z przesiadką w Krakowie odjeżdżał z peronu w Gdańsku - Wrzeszczu o 19.40. Krótkie pożegnanie, ostatni rzut oka na nasz Gdańsk i już siedzieliśmy w środku w pociągu do Krakowa. Przed nami prawie 1000km drogi, co przekłada się na 16h jazdy w 'pośpiechu'. Ekskursję czas zacząć! Cała na przód ku wielkiej przygodzie!

  Pośpiech jednak wypchany był po brzegi. Bardzo dużo ludzi albo wracało albo właśnie wybierało się na wakacje. O znalezieniu wolnego przedziału można było zapomnieć – pomimo tego, że pociąg wyruszył z Gdyni nie więcej niż pół godziny temu, przedziały były już całe pozapełniane. Po małej wycieczce po wagonach w te i we wte z plecakami, jakimś cudem udało nam się znaleźć 4 wolne miejsca. Cały czas dosiadali się ludzie i od Tczewa pociąg był pełen.
     Mieliśmy o tyle szczęście, że nasz pociąg („Monciak-Krupówki”) miał w swoim składzie salę kinową. Jeden z wagonów został odpowiednio przerobiony i był wyposażony w fotele lotnicze, klimatyzację, telewizory LCD. Fajna sprawa, było dużo miejsca, chłodek kli-my, wygodne fotele, nawet jakieś tam filmy puszczali (słabe komedie romantyczne). Aż żal robiło się tych wszystkich ludzi, którzy z powodu braku miejsca w przedziałach zaczęli już koczować na korytarza na własnych bagażach. Wyjście do toalety i przebicie przez te na wpół uśpione zwłoki styranych pasażerów i ich tobołki graniczyło z cudem.
    Oczywiście nie zapomnieliśmy o odpowiednim 'zaopatrzeniu', mającym na celu umilić długą i nużącą podróż. Niektórzy są nawet zdania, że w PKP na trzeźwo to się nie da podróżować. Jest w tym trochę racji. Po jakimś czasie trunki się jednak skończyły. Na ratunek przyszedł na szczęście pan 'prowadnik' obsługujący Warsa, serwujący też kawę i herbatę. W swojej ofercie miał również inne napoje, oczywiście 'spod lady' i na lewo. Za zestaw obiadowy składający się z zupy chmielowej skasował nas aż po 7zł. To dużo, nawet zważywszy na warunki podróżowania pociągiem. Stację dalej po przedziałach przebiegł się również przedsiębiorczy tubylec, oferujący ten sam produkt (i w dodatku schłodzony) za 5zł. Transakcji z klientami dokonywał nawet po odjeździe pociągu ze stacji. Biegnąc po peronie wzdłuż odjeżdżającego pociągu i jednocześnie wyjmując zaopatrzenie zza pazuchy, krzyczał do klienta: „Zdążymy zdążymy!”.